wynik

6 mar 2018

Rozdział 21 - Summer on Ice




 SEMESTR TRZECI
Karol


Rozdział 21
Summer on Ice


 Christine and the Queens - Narcissus is Back

            Przygwoździł mnie do szafki, całując po szyi. Moje nogi oplotły męskie biodra, gdy jego własne napierały na mnie. Jęknąłem, gdy pocałunki zaczynały płonąć na mojej skórze. Wstrząsnął mną dreszcz.
            Jego piękne, muskularne ciało kryło się jedynie za hokejowymi ochraniaczami na ramiona i skórzanymi paskami na udach. Resztę mogłem podziwiać, dotykać, pragnąc mocniej… Poczynając od silnych łydek, ładnie wyrzeźbionych ud, bioder, a kończąc na szerokim torsie i barkach. Pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne, ugryzł mnie, zostawiając ślad.
            Właściwie jedynie rozdzielał nas mój gładki strój do jazdy figurowej. Przejechał dłonią po błyszczących elementach na ramieniu, próbując rozerwać materiał. Chciałem powiedzieć, aby tego nie robił, bo strój niedawno został uszyty, ale wpił się ponownie swoimi ustami w moje. Czułem ich zimny smak, mieszaninę mięty i kremu do ciała.
            Poruszał biodrami, a jego męskość ocierała się o moją. Jęknąłem i zacisnąłem objęcia jeszcze mocniej wokół niego.
            — Feliks — wypowiedział moje imię wprost do moich ust. Z radością upiłem się odrobiną jego oddechu. — Feliks…
            Wołał mnie. Pragnął mnie tak, jak ja jego.
            Rozpiął jeden guzik pod moją szyją i wsunął dłoń pod materiał, pieszcząc moje sutki. Wygiąłem się w łuk.
            — Miłosz…
            Otworzyłem oczy i wypuściłem powietrze z ust.
            Przez moment musiałem wracać do rzeczywistości, gdy tak naprawdę widziałem nad sobą sufit swojego pokoju, na którym tliły się delikatnie gwiazdki fluorescencyjne, które przyklejałem tam, gdy byłem mały. Usiadłem na łóżku, a kołdra zsunęła się z mojego spoconego ciała. Spałem dziś jedynie w bokserkach i przy otwartym oknie, bo miasto nawiedziły upały. W nocy było ponad dwadzieścia stopni. Chłodne podmuchy wiatraka, stojącego na szafce nocnej, chłodziły nieco moje ciało. Oddychałem wśród jego cichych, monotonnych dźwięków.
            Kolejny sen o nim.
            Wyskoczyłem z łóżka i przeszedłem do okna, zastanawiając się, co mnie tak naprawdę obudziło. Upał, czy fakt, że w snach znów pojawił się Miłosz. A może to właśnie upał wpływał na to, co działo się w mojej głowie?
            Szczerze, to nie widziałem Miłosza od jakichś trzech tygodni i pozostawał gościem sennych marzeń, jakby moja podświadomość kazała mi myśleć, że z jakiegoś powodu za nim… tęsknię.
            Widok z mojego rodzinnego domu na Warszawę jak zawsze był wspaniały. Panorama miasta wyglądała pięknie, zwłaszcza nocami. Miasto było nieco cichsze, wieżowce zdobiły czarne niebo. Pozwalało to nabrać nieco dystansu do niektórych sytuacji.
            Przejechałem dłonią po jednym z medali, które wygrałem w łyżwiarskich mistrzostwach Polski. Chłodny metal był przyjemny w dotyku, w tak ciepłą noc.
            Dlaczego on?
            Podejrzewałem, że sny o Miłoszu są resztkami całej tej szalonej sytuacji sprzed dwóch miesięcy, a która miała związek z Xaverem, który, swoją drogą, nigdy nie odpowiedział na moje wiadomości. Ani nie odbierał telefonu, gdy dzwoniłem. Wiedziałem, że był na mnie wściekły, ale liczyłem na to, że czas pomoże nam uleczyć te rany. Najwidoczniej jednak Xaver był bardzo pamiętliwy, co w sumie nie powinno mnie dziwić.
            Walczyłem z całych sił, aby mroczne myśli nie złapały mnie i nie sprowadziły w ciemność, w której chciałem się obwiniać za wszystko. Jasne, nie postąpiłem słusznie, a moja ciekawość doprowadziła do tego, że skrzywdziłem Xavera, ale nie mogłem… nie mogłem przecież myśleć przez to, o wyskoczeniu przez okno, prawda? Dziesiąte piętro…
            — Konecki, weźże się w garść — warknąłem sam do siebie.
            Gdy Xaver będzie gotowy, odpowie.
            Może nawet już za dwa dni? W końcu wtedy miało się odbyć Summer on Ice, a ja wysłałem Xaverowi i Soni dwa bilety.
            Może to sprawi, że z nim się spotkam?
            Musiałem przyznać, że miałem tremę. Summer on Ice miało być moim powrotem do łyżwiarstwa figurowego po roku przerwy, podczas której grałem w większości w hokeja. Laura już zdążyła zauważyć, że moje ruchy stały się mniej… eleganckie, a bardziej brutalne, także i tego musiałem pilnować. Gracja, a będzie na stojąco owacja, tak powtarzała.
            A więc, hokej mógł skraść mi trochę gracji, ale nie oszukujmy się, w tamtym sporcie nie było miejsca na grację i bycie eleganckim. Mogłem stracić zęby, więc lepiej nie ryzykować.
            Przez głowę przechodziło mi sporo myśli, ale ostatecznie wiedziałem, że odwlekają one najważniejszą z nich, która tworzyła pytanie – hokej czy łyżwiarstwo?
            Czego tak naprawdę pragnąłem?
            Hokej czy łyżwiarstwo?
           
***

            Valerie obudziła się dość późno jak na nią, ale do późna grali z Kamilem na konsoli. Ciepłe dni lata spędzali w jego mieszkaniu na Rubinkowie, kupując wielkie porcje lodów, mrożonych napoi i właściwie jedynie siedzieli wśród wiatraków, grając w Mario Kart. Co prawda, gdy wieczorem robiło się chłodniej, ruszali pobiegać, a rano nawet poszli na ściankę wspinaczkową, ale upał odbierał siły do wszystkiego.
            — Powiesz mi w końcu, co cię martwi? — zapytał Kamil, włączając pauzę.
            — Hej! Właśnie zdobyłam gwiazdkę!
            Kamil uniósł brwi, czekając. Valerie westchnęła. To było miłe, że Kamil znał ją już tak dobrze.
            — Vincent.
            Kamil pokiwał głową.
            — Rozmawiałaś z tym dziwnym M z jego telefonu, tak?
            — Tak. Powiedział mi, że to, co łączy go i mojego brata, to ich sprawa. I się nieelegancko rozłączył. Powiedział, że nazywa się Mikołaj Wagner, a więc przeszukałam internet, ale niczego nie znalazłam. Przynajmniej niczego, co związane byłoby w jakikolwiek sposób z Vincentem. — Valerie wzruszyła ramionami. — Od jakiegoś roku nie potrafię kompletnie dogadać się z Vincentem. Coraz bardziej się od siebie oddalamy, a ja… tęsknię za nim.
            — Rozmawiałaś z nim o tym?
            — Tak. Powiedział, abym o nic się nie martwiła i że nic się nie dzieje. Ale nie wierzę mu. Wiem, kiedy kłamie.
            Kamil pokiwał głową.
            — To może… ja z nim porozmawiam? — zasugerował, a Valerie spojrzała na niego zaskoczona. — Jestem jego trenerem, nie? Czasami rozmawiam z chłopakami o ich problemach, bo wiesz, przecież są tacy męscy i nie mają uczuć. Ja uważam, że każdy z nas jakieś ma, więc… Rozmawiałem już z Miłoszem o jego problemach i z Julianem. Vincent wyglądał na takiego, który nie chciał pomocy i był zły, gdy ktoś się narzucał, ale jeżeli chcesz…
            — Zrobisz to dla mnie? — zapytała. — Naprawdę?
            — Oczywiście, że tak. Kocham cię…
            Urwał w połowie ostatniego słowa, wpatrując się w Valerie z przerażeniem w oczach. Wyglądał na kogoś, kto bał się najbliższych kilku sekund.
            — Kamil. Ja ciebie też kocham — odpowiedziała i pocałowała go.
            Odetchnął z ulgą, czując jej usta na swoich.

***

            — O co chodzi, Julek? — zapytałem, odbierając komórkę. Miałem od niego pięć nieodebranych połączeń, przez to, że właśnie trenowałem na lodowisku razem z Jirim. Telefon zostawiłem w torbie i dopiero w trakcie przerwy mogłem oddzwonić.
            Pięć połączeń? Poważna sprawa.
            — Feliks! Trenujesz?
            — Tak — odparłem, sięgając po bidon. — Jutro występ.
            — Wiem, przyjeżdżam! — oznajmił radośnie. — Idę razem z Anastazją. Kurczę blaszka, nie mogę się doczekać twojego występu! Nie mogę uwierzyć, że jeździsz figurowo i umiesz robić piruety, toeloopy, akselki i w ogóle!
            Uśmiechnąłem się szeroko do słuchawki i podniosłem wzrok. Jiri właśnie zaczynał swoją jazzową sekwencję. Jego trener, obserwował go uważnie.
            — Twój entuzjazm trochę mnie pociesza.
            — Ej, ej, ej! A jesteś smutny?
            — Hm. Stresuję się.
            — Feliks! Proszę cię. Na pewno pójdzie ci świetnie. Po tym jak mi powiedziałeś o jeździe figurowej obejrzałem kilka twoich występów na youtubie — wyjawił, a ja drgnąłem. — I są super.
            — Jestem na youtube?
            — Obvi, dude — odparł, prychając. — I, hej, słuchaj. Jesteś pewien, że nie chcesz, aby drużyna przyjechała…?
            — Nie. Wolę, aby chłopacy nie wiedzieli o tym. Słyszałem jak określają łyżwiarzy per „pierdolone łabędzie”. Chyba nie lubią takich jak ja.
            — Jak to nie lubią takich jak ty? Przecież to ty! Lubią cię, Feliks. Nie karz mi teraz tłumaczyć ci o więzach drużyny i…
            — Nie, dzięki — przerwałem mu szybko. — Ale serio, wolę, aby nie wiedzieli. Powiem im, w swoim czasie…
            — No dobra — westchnął ciężko. — Dzisiaj widzę się jeszcze z Miłoszem, Antonim, Hubertem, Anastazją i Bernardem. A dzwonię w sprawie tego właśnie spotkania. — Mógł się z nimi zobaczyć, bo jeszcze nie skończyli sesji i byli w Toruniu. Ja zdałem wszystkie terminy zerowe, co było kluczowe dla mojego występu na Summer on Ice. Co prawda przez to straciłem dwa tygodnie maja na naukę, ale warto było, a poza tym, mogłem się skupić na czymś innym niż Xaverze.
            — O. Mam być z wami na telefonie, czy…?
            — Nie — przerwał mi i zdawał się być coraz bardziej podekscytowany. — Mam pomysł.
            — Pomysł? — powtórzyłem. — Jaki?
            — Okej, więc słuchaj. Rano biegałem. Pogoda przyjemna, to pomyślałem, że zrobię sobie nieco inną trasę i pobiegłem na drugą stronę Wisły. Akurat jak biegłem przez most to pode mną płynęła drużyna wioślarska i pomyślałem sobie, fajnie by było pojechać na wakacje gdzieś na kajaki.
            — Chcesz nas zgarnąć wszystkich na kajaki latem? — zapytałem.
            — Co? Nie — odparł zaskoczony. — Nie z tym wiąże się mój plan.
            — Ale… — zacząłem, po czym westchnąłem. — Dobra, nieważne. To, co z tym planem?
            — Dobra, więc słuchaj. Biegnę sobie dalej, przebiegam przez most, słońce świeci i jak objawienie, pojawia się przede mną Imprezowy Dom. Myślę sobie, że fajnie byłoby tu mieszkać, bo okolica fajna, ładny widok i dom ma dwa piętra, więc… I właśnie o to chodzi!
            Zmarszczyłem czoło.
            — Chodzi o…?
            — Wynajęcie Imprezowego Domu, aby w nim mieszkać! — oznajmił podekscytowany i miałem wrażenie, że podskoczył. — Wyobrażasz sobie, jakbyśmy tam zamieszkali? Ja, ty, Anastazja, Miłosz, Antoni, Bernard…? Pomieścilibyśmy się!
            — Boże, Julek — szepnąłem. — Naprawdę?
            — I, co więcej — kontynuował. — zadzwoniłem do właściciela, aby zapytać go o taką możliwość i przyznał, że to ciekawe i do rozważenia! Wyobrażasz sobie? Koty razem w domu!
            — Potrzebowalibyśmy wielkiej kuwety — powiedziałem.
            — Podoba ci się?
            — Wielka kuweta?
            — Plan!
            — Ach.
            Właściwie to nie wiedziałem, co o tym myśleć. Pomysł wydawał się być ciekawy. Mieszkanie z drużyną mogłoby jedynie zacisnąć więzi, a poza tym byłem pewien, że powstałoby wiele wspaniałych wspomnień.
            Problem polegał jedynie na tym, że nie wiedziałem, czy będę wciąż Kotem.
            A potem przypomniał mi się mój sen dotyczący jednego z potencjalnych lokatorów.
            — Brzmi fajnie — powiedziałem ostrożnie. — Ale czy nas będzie stać?
            — Płacimy jak za wynajęcie pokoju — zapewnił pospiesznie. — Rozważ to, Feliks. Bo może być naprawdę super. Dzisiaj pogadam o tym z resztą drużyny!
            — Dobra. To daj mi znać jak poszło, dobra?
            — Spoko loko, moja foko — odparł z uśmiechem. — Dobra, wracaj do treningu, abym mógł jutro delektować się widokiem powabu, z nutką gracji i ze szczyptą elegancji.
            Roześmiałem się wesoło.
            — Dzięki, Julek. Dzięki, że mnie wspierasz.
            — Zawsze, mordeczko.
            Pożegnaliśmy się i włożyłem telefon do torby, mniej więcej w tym samym czasie, gdy Jiri zakończył swój układ. Koło mnie zasiadła Tatiana, moja menadżerka. Trochę szalona kobieta, ale załatwiała wszystko, co było potrzebne. Na przykład dziś rano, przed treningiem, napomknąłem o tym, że zapomniałem napić się dzisiejszej kawy (wszystko przez to, że zaspałem), a właśnie ciepły, papierowy kubek wylądował w mojej dłoni.
            — Tatiana, jesteś różą wśród kolców.
            — O. Mój. Boże. — Machnęła dłońmi. — Ty też czytałeś Klątwę Licha?
            — E. Nie? — Zmarszczyłem czoło. — Choć muszę przyznać, że tytuł coś mi mówi…
            — W takim razie, nieważne — oznajmiła. — Jiri jest w formie — oceniła, gdy mój przyjaciel podjechał do barierki, by posłuchać kilku rad od swojego trenera. — A ty jak się czujesz?
            — Rozdarty — wyznałem.
            Tatiana pokiwała głową ze zrozumieniem, po czym poczochrała moje włosy.
            — Jakąkolwiek decyzję podejmiesz — mówiła — nikt nie będzie na ciebie zły.
            — Dziękuję.

***

            — Boże, jaki upał! — jęknął Jiri, ocierając pot z czoła. — Dobrze, że mogliśmy większość dnia spędzić na lodowisku. Twój układ jest obłędny, tak przy okazji.
            — Dzięki, Jiri — odpowiedziałem z uśmiechem.
            Wyjście z chłodnego lodowiska wprost na przekraczający trzydzieści stopni żar miasta wiązało się z niemałym szokiem. Przed chwilą jeździłem w swoim stroju, kryjącym całe ciało, a teraz szedłem w krótkich spodenkach, sandałach, top tanku w ananasy oraz okularach przeciwsłonecznych w białych oprawkach.
            — Dzisiaj przylatuje Enzo — kontynuował Jiri, gdy prowadziłem go na tramwaj. Przyleciał do Warszawy już dwa tygodnie temu, więc właściwie to z nim głównie spędzałem ten czas. Mieliśmy naprawdę sporo do nadrobienia. On opowiadał mi o swoich staraniach, by dostać się na Grand Prix (zabrakło mu niewiele punktów, co go jeszcze bardziej zmotywowało, aby w tym roku dać z siebie wszystko), a ja o hokeju, przez co prawie zakrztusił się zimnym shakem.
            — W hokej, Feliks? W hokej?! — powtarzał, jakbym zdradził mu, że tak naprawdę przez ostatni rok zdradzałem swojego ukochanego. — Ale to takie… brutalne!
            Jiri był wielkim fanem tańca oraz muzyki, więc „nawalanie się kijami na lodzie” zupełnie do niego nie przemawiało. Zapewniłem go, że wcale nie było tak źle i właściwie poza kilkoma omdleniami i próbą wybicia mi zębów, przez ostatni rok nie doznałem większych uszczerbków na zdrowiu.
            Moje przygotowania do show zaczęły się na początku miesiąca i w tym czasie musiałem nadrobić to, czego właściwie nie trenowałem przez rok (poza jakimiś sporadycznymi wypadami na lodowisko). Na szczęście nie zdążyłem zapomnieć, o tym jak ważna jest dyscyplina, bo hokej wcale nie pozwalał wypaść z formy, choć Tatiana oceniła, że nabrałem mięśni. Nie była tym do końca zachwycona, bo wolała moją szczupłą wersję.
            Również na początku czerwca odkopałem mój dawny strój, w którym wykonywałem mój układ, który miał mnie zaprowadzić wprost do Grand Prix. Nie czułem się na siłach, aby już go powtórzyć, więc zadecydowałem o stworzeniu czegoś nowego.
            Świeżego.
            Świeży start mógłby mi pomóc ostatecznie wrócić do łyżwiarstwa, za którym coraz bardziej tęskniłem.
            Pamiętam jak przyglądałem się strojowi, który trzymałem w pudle z tyłu szafy. Ciemnogranatowe spodnie, surdut na ramiona z kołnierzem, z wyszytymi śladami śniegu tuż pod szyją. Mieniły się w świetle lampy, skrzyły się przyjaźnie, przeważnie odbijając światło reflektorów i błysków fleszy. To wydawało się być kompletnie inne życie.
            Ostatecznie mój strój na mnie nie pasował. Rzeczywiście zrobiłem się ciut większy, zwłaszcza w barkach, więc strój oddałem do krawca, a na czas Summer on Ice, musiałem znaleźć coś innego. W poszukiwaniu odpowiedniej kreacji pomagał mi Jiri i Tatiana, z którymi spotkałem się pewnego dnia w Teatrze Wielkim, by wypożyczyć strój. Nie miałem pojęcia jak Tatiana tego dokonała, ale ostatecznie była wspaniałą menadżerką.
            Strój oczywiście miał odpowiadać muzyce i układowi, więc nim ruszyłem na ponad dwugodzinne wybieranie przebrania, przebrnąłem przez dwutygodniowe szukanie odpowiedniej muzyki. Zarwałem kilka nocy, przesłuchując utworów i chodząc po pokoju, udając, że jestem na lodowisku. Ze względu na lekką rangę imprezy, mogłem odrobinę improwizować, zwłaszcza, że dopiero, co powracałem.
            Strój, muzyka, układ… wszystko to już miałem przygotowane. Pozostawała nieco ponad doba, aby wystąpić przed publicznością.
            — Feliks?
            Drgnąłem, bo dotarło do mnie, że Jiri o coś mnie pytał.
            — Co? Przepraszam, zamyśliłem się.
            Przyjrzał mi się uważnie.
            — Pytałem, czy chcesz dzisiaj ze mną odebrać Enzo z lotniska. Yuki też idzie — dodał zachęcająco.
            Midori Yuki, łyżwiarka z Japonii również miała wziąć udział w Summer on Ice. Znałem ją już z poprzednich zawodów, ale ona była początkująca i właściwie nie miałem okazji z nią dłużej porozmawiać. Za to Jiri absolutnie się w niej durzył od pierwszego wejrzenia, ale nie potrafił jej o tym powiedzieć, bo zawsze tracił przy niej głowę. Co było całkiem zabawne, gdy w trakcie naszych treningów do Summer on Ice, Jiri wjechał w bandę, gdy tylko pojawiła się Yuki i pomachała do niego na powitanie.
            — Jasne, przejdę się z wami — odparłem.
            Z chęcią zajmę sobie jak najwięcej myśli przed konkursem.

***

            Julian zwołał wszystkie dostępne Koty do pubu, by móc przekazać im informację. Był tak podekscytowany, że cały czas drżała mu noga, jakby zbierał się do biegu. Anastazja położyła mu dłoń na kolanie i posłała znaczące spojrzenie.
            — Zaraz odlecisz — oznajmiła.
            — Jaram się tym pomysłem — wyrzucił z siebie.
            — Możesz w końcu zdradzić, o co chodzi? — zapytała, nęcona ciekawością. — Po prostu wyrzuć to z siebie.
            Objął ją ramieniem i wyszczerzył zęby.
            — Dopiero jak przyjdzie reszta. Wiesz, że nie lubię się powtarzać.
            — Plotkowanie to powtarzanie informacji, a ty robisz to bardzo często.
            Wzruszył ramionami.
            — To tylko ploteczki.
            Anastazja wywróciła oczami i sięgnęła po swoje piwo.
            Z czasem pojawiła się zaproszona reszta Kotów. Antoni, Miłosz, Bernard, Hubert. Pierwszy skład, na którego widok Julian wyszczerzył zęby.
            — Zgromadziliśmy się tutaj — zaczął Julian, unosząc swój kufel z piwem.
            — Daruj sobie przemowy — poprosił Antoni. — Przejdź do rzeczy, bo bardzo chcę ci powiedzieć, że cokolwiek wymyśliłeś, to głupi pomysł.
            — Oj, nie mów tak, nim nie usłyszysz. — Julian pogroził mu palcem, a następnie przeszedł do tłumaczenia swojej wizji przekształcenia Imprezowego Domu w Dom Kotów, przedstawiając na kartce przygotowany kosztorys. Dla każdego nawet przygotował plan jak ma dojeżdżać na swój wydział, co było całkiem przewidujące z jego strony.
            Ku zdziwieniu Anastazji, jej, jak i innym Kotom, spodobał się ten pomysł. Wszystkie Koty w jednym miejscu.
            — I Feliks mieszkałby z nami, prawda? — dopytał Miłosz.
            — Zadzwoniłem do niego i przedstawiłem mu pomysł — wyjaśnił. — Ale z decyzją chciał poczekać na was. Poza tym, jest tak zajęty przygotowaniami do tego konkursu łyżwiarskiego, że nie chciałem mu, aż tak głowy… — urwał raptownie, gdy dostrzegł pytające spojrzenia Kotów.
            Anastazja zrobiła wielkie oczy, po czym szybko sięgnęła po kufel i pociągnęła potężny łyk.
            Julian odchrząknął.
            — A ty Antoni, chciałbyś mieszkać…?
            — Nie zmieniaj tematu — poprosił urzeczony. — Co mówiłeś o Feliksie? Jaki konkurs?
            — Ee… łyż… kowania.
            — Łyżkowania? — Bernard uniósł brew.
            — No wiecie… to zawody w… przytulaniu się — tłumaczył nerwowo. — Mała łyżeczka, duża łyżeczka… Dla Feliksa to wyzwanie, bo będzie pierwszy raz dużą łyżeczką i…
            — Konkurs łyżwiarski — przerwał mu znudzony Hubert. — To powiedziałeś.
            — Julian. — Anastazja westchnęła ciężko, a on spojrzał na nią spanikowany.
            — Feliks jeździ figurowo? — zapytał Miłosz, szczerze poruszony. Jego błękitne oczy wpatrywały się w Juliana. — To… To ma sens.
            — Nie, nie, nie! — Julian pokręcił głową. — Nic nie mówiłem! Nie…!
            — Gadaj, Łapa! — oznajmił Bernard. — Co z Feliksem?
            Julian milczał, bo zatopił usta w piwie i wpatrywał się sztywno w stół. Anastazja westchnęła, postanawiając przejąć pałeczkę. Już i tak tajemnica się wydała. Pokręciła głową, szturchnęła mocno swojego chłopaka i przeszła do tłumaczeń.
            — Feliks, zanim zaczął grać w hokeja, jeździł figurowo na łyżwach. I szło mu naprawdę dobrze. Ale… postanowił zrezygnować i wtedy poszedł na studia. Ale zatęsknił za tym.
            — Dlaczego nam nic nie powiedział? — zapytał Miłosz, marszcząc czoło.
            — To… Cóż, to była jego decyzja. Poza tym, panowie, określaliście łyżwiarzy na lodowiskach per „pierdolone łabędzie” — oznajmiła i z radością stwierdziła, że wszystkie Koty miały teraz wstyd wypisany na twarzy. — Oczywiście to wersja cenzurowana. Nie chciał, abyście źle na niego patrzyli. Bo przecież to takie niemęskie jeździć figurowo.
            — Wiesz, trykot, cekiny to rzeczywiście — zaczął Antoni, ale potem napotkał surowe spojrzenie Anastazji i urwał. — to rzeczywiście trzeba mieć jaja, aby to założyć — zakończył dyplomatycznie.
            Miłosz upił kilka dużych łyków piwa.
            — Naprawdę nie chciał nam o tym powiedzieć? — zdziwił się Hubert. — Przecież byśmy go… nie osądzali. To nie jest problem. No i tłumaczy jego grację na lodzie.
            — Tak, grację — przyznał cicho Miłosz, jakby myślami był gdzie indziej. Zapewne przypominał sobie pierwszy występ Feliksa na lodzie. A przynajmniej tak podejrzewała Anastazja. — Kiedy jest ten konkurs?
            — Jutro wieczorem. W Warszawie — powiedział cicho Julian. — Jadę tam z Anastazją i…      
            — Wiedziałeś i nie powiedziałeś? — zdziwił się Antoni. — No, no. Jestem pod wrażeniem. Przeważnie zawsze ci się coś chlapnie… ach… zaraz — Uśmiechnął się złośliwie. — Przecież to się właśnie stało!
            — Jedziemy — zarządził Miłosz.
            Wszyscy spojrzeli na niego w szoku. Kapitan skinął głową, a na twarzy malowało się zacięcie.
            — Miłoszku, dużo wypiłeś — zaczął Antoni, ale Miłosz posłał mu spojrzenie, po którym był cicho.
            — Czuję, że zawiedliśmy Feliksa, jeżeli uznał, że nie może być przy nas sobą. Jesteśmy drużyną. I Feliks zrobił dla nas naprawdę dużo w ciągu tego roku. Nie tylko na lodowisku, ale również w życiu prywatnym. Ja jadę.
            Przemowa Miłosza sprawiła, że wszyscy zamilkli.
            Anastazja przyglądała się mu uważnie, próbując dostrzec na twarzy kapitana skąd u niego taki nagły przypływ sympatii do Feliksa. Co prawda w przeciągu tego roku ich relacje się poprawiły, ale nigdy by nie przypuszczała, że tak spontanicznie będzie chciał ruszyć wesprzeć Feliksa.
            — Niech będzie — westchnął Antoni.
            — Jestem za — dodał Bernard.
            Hubert pokręcił głową.
            — Bardzo bym chciał, ale nie mogę. Wybaczcie.
            — Rozumiemy — zapewnił Miłosz, po czym uciął temat, bo Julian już otwierał usta, by nakłonić Huberta, by ten jednak jechał.
            Bramkarz Kotów spojrzał smutno na swój kubek z colą.

***

            — Zrobiłam tyle zdjęć, że nie wiem, które wybrać – żaliła się Yuki, gdy razem z Jirim, siedzieliśmy w poczekalni na lotnisku. Przeglądała swój telefon, z którego zwisały dwa breloczki. Umiała bardzo dobrze angielski, ale nie udawało jej się ukryć japońskiego pochodzenia.
            Nie dziwiłem się, że Yuki wpadła w oko Jiriemu. Byłem gejem, ale musiałem przyznać, że jej atrakcyjność działała nawet na mnie. Ciemne, krótkie i lśniące włosy, zdrowa, zadbana skóra, piękne, czarne oczy. Drobne ciało, ale niezwykle przyjemny dla oka uśmiech.
            Dzisiejszy dzień Yuki spędziła na zwiedzaniu Warszawy razem ze swoim trenerem i kilkoma innymi osobami z jej drużyny, więc teraz przeglądała zdjęcia, których rzeczywiście zrobiła mnóstwo. Pokazywała mi niektóre, ale nie potrafiłem jej doradzić, które dokładnie miała dodać na Instagram.
            — Na wszystkich wyglądasz bardzo dobrze — wypalił Jiri. — Polubię każde.
            — Och, dzięki, Jiri! — Posłała mu radosny uśmiech. — Jesteś najlepszym przyjacielem.
            Prawie usłyszałem jak wielki nóż wbija się w serce Jiriego, który uśmiechnął się blado do Yuki, a potem odwrócił wzrok.
            Biedak.
            — Jak przyleci Enzo, zróbmy sobie wspólne zdjęcie — zaproponowałem szybko. — Potem będziemy wracać do tego momentu, w którym znów razem jeździmy.
            — Tak! Zróbmy to. — Yuki pokiwała gorliwie głową. — Z chęcią zrobię sobie z wami zdjęcie, Feliks.
            Lubiłem jak wymawia moje imię. Brzmiało to bardziej jak „Ferikusu”. Bardzo urocze.
            — Jest i lot z Rzymu — odezwał się Jiri. Wszyscy spojrzeliśmy na tablicę przylotów. Nim jednak Enzo pojawił się na terminalu, minęło kolejnych kilkanaście minut.
            Enzo wyglądał dokładnie tak jak go zapamiętałem.
            Wysoki, o ciemnych włosach, uczesanych do tyłu, co zawsze kojarzyło mi się z fryzurą Draco Malfoya z pierwszych części Harry’ego Pottera. Dumna twarz, odrobinę pretensjonalny grymas na ustach, ale wiedziałem, że jest dobrym człowiekiem, który bardzo łatwo się wzrusza. Szedł ku nam jakby właśnie występował na wybiegu, prezentując nową, letnią kolekcję.
            — Są i wszyscy — zaświergolił po angielsku. Ujął każde z nas po kolei i złożył pocałunki na policzkach. — Miło was w końcu zobaczyć! I cieszę się, że macie tutaj tak wysoką temperaturę, będę mógł chodzić ubrany normalnie, a nie jak na biegunie północnym.
            Doskonale pamiętałem tendencje Enza do marznięcia. Gdy byliśmy na lodowisku, cały czas drżał dopóki nie zaczął się jego układ. Wtedy tańczył wspaniale. Ale gdy tylko układ się kończył, znów drżał z zimna. Mówił, że tak się skupia na występie, że zapomina o chłodzie. Zapytany, co go właściwie podkusiło do tego, aby tańczyć na lodzie, skoro wiedział, że jest tam zimno, odpowiedział, że lubił, gdy ludzie na niego patrzą.
            — Feliks. — Spojrzał na mnie ponurym wzorkiem. — Jednak powraca syn marnotrawny. Zdradziecki sztylet twojego postępowania wciąż tkwi w moim sercu.
            — Daj mu spokój, Enzo — poprosił Jiri. — Wiesz, że nie chciał…
            — Ale zrobił to! — prychnął. — Wybaczę w pełni jak zobaczę cię na lodzie.
            Zrobiło mi się przykro, ale rozumiałem złość Enza. Koniec końców mówiłem mu kiedyś, że jazda na łyżwach z nim i Jirim to jedna z najcudowniejszych rzeczy w moim życiu.
            — Miło cię widzieć — powiedziałem.
            Enzo skinął głową.
            — No już, nie rób takiej smutnej miny. Cieszę się, że cię widzę. I cieszę się, że wracasz na lód.
            — Właściwie to z niego nie zszedł. Grał w hokeja — wtrącił wyjaśniająco Jiri.
            Enzo spojrzał na mnie zaskoczony.
            — Ty? W hokeja? Dlaczego?
            — Miałem dużo na głowie.
            — Dobrze, dzisiaj wszystko mi opowiecie, gdy pójdziemy na wino — oznajmił Enzo. — Selfie?

***

            Vincent nie spodziewał się dzisiaj żadnych gości. Próbując odgadnąć kto to może być, zbliżał się do drzwi. Ku jego wielkiemu zdziwieniu, w progu stał trener Kamil. Uniósł sześciopak piwa na powitanie.
            — Cześć, Vincent. Można?
            — Erm… — odparł głupio i zerknął przez ramię. Jego pokój zasłaniał bałagan. — Coś się stało?
            — Chciałem tylko pogadać — zaoferował.
            Vincent przejechał wzorkiem po gościu i oblizał wargi. Skinął głową i wpuścił go do środka. Czując przyspieszone bicie serca, zaczął szybko sprzątać, aby zrobić chociaż odrobinę miejsca do siedzenia. Odkąd zaczęła się sesja, nie bardzo miał głowę do sprzątania. Obiecał sobie, że po zdaniu wszystkich egzaminów wysprząta cały dom.
            — Jak tam sesja? — zapytał trener, siadając na kanapie.
            — W porządku — odpowiedział Vincent, zarzucając koc na stos ubrań i bielizny. — Jeszcze dwa egzaminy i jestem wolny. Właściwie jestem wolny od kilku lat — zaznaczył ze śmiechem. — A ty? Co u ciebie?
            — Wszystko się układa. Zaczynam układać plan treningowy Kotów na przyszły rok akademicki.
            — Już? Mamy czerwiec.
            — Już teraz trzeba myśleć o pucharze — oznajmił. — W końcu to ostatni rok Miłosza. Jesteśmy mu winni ten puchar.
            Vincent zawahał się. Pomyślał o tym jak przez ostatnich kilka tygodni oddalił się od przyjaciela. W sumie na własną prośbę. Westchnął ciężko i usiadł obok trenera. A właściwie opadł. Usłyszał przyjemny syk otwierania puszki piwa i obaj zapatrzyli się przez moment na uroczy widok za oknem, które wyglądało wprost na bulwar i Wisłę.
            — Masz rację — przyznał w końcu Vincent.
            Stuknęli puszkami i upili łyk za zdrowie kapitana, po czym milczeli przez jakiś czas, aż trener ponownie się odezwał.
            — Drużyna się o ciebie martwi. I ja też.
            — Martwi? — zapytał zaskoczony. — Czym?
            — Rozumiemy, że jesteś zamknięty w sobie i absolutnie to szanujemy. Jednak jeżeli jest coś, o czym chcesz pogadać, jesteśmy dla ciebie. Nie przez wszystkie problemy życiowe trzeba przechodzić samemu.
            A więc to był powód wizyty. Vincent nie zdziwiłby się, gdyby to Valerie nakłoniła trenera do tego spotkania. Odczuł swego rodzaju złość na siostrę, że wysyłała na niego właśnie Kamila. Unikał jego spojrzenia i upił kolejny łyk piwa.
            Nie wiedziała, bo kto mógłby wiedzieć, że kochał Kamila tak mocno, że czasem jego rozum tracił zmysły, a serce zdawało się uciekać z klatki piersiowej. Próbował walczyć z tym uczuciem na każdy możliwy sposób, bo wiedział, że zakochanie się we własnym trenerze było czymś, czego znieść nie mógł ani kontynuować nie chciał. Każde jego spotkanie na jednorazowy numerek miało odwrócić jego uwagę od pięknych oczu Kamila.
            Uwielbiał spędzać z nim czas. Czy to na lodowisku, czy w gabinecie trenera, gdzie omawiali strategię na kolejne mecze. Świat Vincenta rozpoczynał się i kończył na trenerze. Myślał o nim rano z bólem serca i kładł się, wspominając jego uśmiech.
            Wiedział, że nic z tego nie będzie…
            Wiedział.
            Ale nie mógł powstrzymać się od tego irracjonalnego uczucia.
            Kochał go.
            Kochał trenera Kamila.
            — Naprawdę nic mi nie jest — oznajmił z uśmiechem.

***

            Ktoś zaczarował wskazówki zegara.
            Ledwo odebraliśmy Enzo z lotniska, a potem wypiliśmy z nim butelkę wina w restauracji, spędzając we czwórkę miły czas, a już musiałem szykować do mojego występu. Tatiana latała wokół mnie, pilnując, abym nigdzie nie uciekł. Trenerka pomogła mi się ubrać w mój strój – prosty, elegancki. Ciemnogranatowy, z marynarką ozdobioną jakby płatkami śniegu.
            Ułożyłem swoje włosy, zaczesując je do tyłu, przytrzymując żelem i lakierem. Pozwoliłem tylko jednemu kosmykowi opaść na czoło. Wpatrywałem się w siebie w lustrze i oddychałem spokojnie, choć serce biło mi ze strachu.
            To właśnie strach zakończył ponad rok temu moją karierę łyżwiarską. Depresja, lęki społeczne, a potem leki, psycholog. Nie mogłem uwierzyć, że tak to się skończyło.
            Lecz mogło rozpocząć na nowo. Tyle, że tym razem jestem silniejszy.
            Czułem się silniejszy. Chciałem to wszystkim pokazać.
            — Już czas — powiedziała Tatiana, zaglądając do szatni, w której się przebierałem. Skinąłem głową.
            Teraz albo nigdy.

***

            Anastazja, Miłosz, Julian, Antoni i Bernard właśnie wchodzili na Stadion Narodowy. Wspięli się po schodach i znaleźli swoje miejsca, całkiem blisko lodowiska. Anastazja zaznaczyła, że to dzięki pomocy Tatiany i, że panowie powinni jej w przyszłości kupić wino, za to, że znalazła dla nich miejsca.
            Zbliżał się wieczór, gdy zajęli pięć miejsc. Tylko połowa stadionu była przygotowana na to widowisko, ale i tak ludzi było mnóstwo. Przeważnie rodziny, które przybyły się nieco ochłodzić w trakcie upalnego lata i pokazać swoim dzieciom naprawdę niesamowite widowisko.
            Miłosz ze skupieniem wpatrywał się w taflę lodu, jakby próbował rozegrać na niej wyimaginowany mecz hokeja. Julian za to rozglądał się za Feliksem wśród osób wokół lodowiska. Dużo tam było pracowników, organizatorów, elektryków i w ogóle całe zaplecze techniczne, ale nigdzie nie widać było łyżwiarzy.
            Anastazja, nieświadomie, zaciskała mocno dłonie. Wiedziała, co ten występ oznacza dla jej najlepszego przyjaciela. To był jego powrót.
            — Stresujesz się? — zapytał Julian, dostrzegając jej dziwne zachowanie.
            — Nie bardziej niż Feliks — zapewniła.
            — Mam nadzieję, że nie stchórzy —  oznajmił Antoni.
            Miłosz wciąż milczał.
            Po stadionie rozeszła się muzyka i wszyscy zaczęli bić brawo, gdy na lodowisko wjechała dwójka prezenterów, który Anastazja kojarzyła z telewizji. Dziennikarze przedstawili się, poinformowali o dzisiejszej imprezie, zgrabnie wplatając w to sponsorów i zachęcili do wspólnej zabawy.
            — Dzisiejszego wieczoru zobaczycie między innymi Jiriego Medeva, brązowego medalistę Mistrzostw Europy, Yuki Midori, wicemistrzyni Japonii, Enzo D’Amico, wicemistrza Europy oraz złotego medalistę Włoch, a także Feliksa Koneckiego, który powraca do łyżwiarstwa po ponad rocznej przerwie.
            — Przypominamy, że jest to jedyna osoba z Polski, która była najbliżej możliwości wystartowania w Grand Prix — dodał prezenter. — Cieszymy się, że wróciłeś, Feliks!
            Rozległy się brawa, a Koty wymieniły się spojrzeniami.
            — Jakim cudem nigdy o tym nie słyszeliśmy? — zapytał Bernard.
            — Łyżwiarstwo figurowe nie jest szczególnie popularne w Polsce. Podobnie do hokeja — przyznał Miłosz.
            — Ja wiedziałem — odparł Antoni, wzruszając ramionami. Następnie dostrzegł mordercze spojrzenia pozostałych Kotów. — No co? Wystarczyło wpisać jego imię w Google! Wiecie, że robię rozpoznanie o każdym z was.
            — Dlaczego nic nie powiedziałeś? — wykrzyknął Julian.
            — Bo to nie moja sprawa. Gdyby Feliks chciał, sam by powiedział. Poza tym — dodał, spoglądając ponownie na lodowisko. — to było coś bardzo osobistego, prawda, Anastazjo? To go trochę uszkodziło.
            Dziewczyna powoli skinęła głową. Chyba nie było powodu, aby dłużej udawać.
            — Feliks miał depresję — oznajmiła smutno. — Terapia i leki. Wciąż je bierze — dodała.
            Miłosz oderwał wzrok od lodowiska i spojrzał na przyjaciółkę Feliksa. Jego niebieskie oczy dokładnie studiowały jej twarz, gdy to mówiła. A wspomnienie o jego własnych lekach powróciło i poczuł zaskakującą troskę w kierunku Feliksa. Serce zabiło mu szybciej, gdy przypomniał sobie z jaką gracją jeździł zawsze po lodzie i jaką ceną to okupił. Jego zapisanie się do drużyny hokeja, bycie jednym z Kotów, podniosło go na duchu. To była jego forma osobistej terapii.
            Chciał teraz zobaczyć Feliksa i powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze.

***

Caravan Palace - Lone Digger

            Jiri wjechał na lodowisko z uśmiechem. Machał do publiczności, a ta wiwatowała na jego widok. Kilkanaście dziewczyn wywiesiło banner z jego nazwiskiem i dorysowanymi sercami. Mrugnął w ich kierunku zawadiacko, aż zatrzymał się na środku lodowiska, wśród reflektorów. Ponieważ tańczył do elektro swingu, ubrał się w luźne, ciemne spodnie, białą koszulę, na której widoczne były czerwone szelki, a na swoje włosy założył kapelusz z okrągłym daszkiem.
            Obserwowałem go zza kulis, nie chcąc się za bardzo wychylać.
            Muzyka huknęła z głośników, a Jiri zaczął swój show od strzelenia głośno szelkami o swoje ciało.
            Zawsze podziwiałem jak szybko się rusza na lodzie, prawie nie dawało się nadążyć za jego ruchami. Nogi i ręce zaczęły żyć własnym życiem. Poruszał się szybko po lodzie, często podskakując, stepując, tańcząc na ostrzach łyżew jakby wcale ich nie było. Kroił lód, a jego drobne fragmenty błyskały wśród świateł. Tańczył często w miejscu, czasami podskakując w rytm.
            Ściągnął kapelusz i po krótkim piruecie rzucił nim w stronę publiki. Ta zawyła radośnie, podczas gdy on przeszedł do sekwencji, w której często krzyżował nogi, przez co odnosiło się wrażenie, że zaraz się potknie, ale nic takiego się nie wydarzyło.
            Zsunął nagle szelki i szarpnięciem rozpiął koszulę, za co został nagrodzony salwą śmiechu i okrzyków zadowolonych fanek. Koszula wylądowała na lodzie, a on poprawił szelki, pokazując teraz swój delikatnie owłosiony, wyrzeźbiony tors. Samemu zaklaskałem, gdy to zrobił. Spojrzał w stronę kulis gdzie dostrzegł Yuki. Napiął się znacząco i zrobił piruet.
            Nie wykonywał dużej ilości profesjonalnych figur. Nie dlatego, że nie umiał, ale dlatego, iż pozwolił sobie na zabawę i przedstawienie. Ten układ zaliczał się do lekkich i zabawnych, raczej nie wystartowałby z nim w oficjalnym konkursie.
            Na sam koniec zrobił jeszcze salto, które już było zwykłym popisywaniem się, ale na widok którego i tak wyszczerzyłem zęby.
            Rozległy się brawa, a Jiri kłaniał się w każdą stroną stadionu i widowni. Zebrał swoją koszulę z lodu i pomachał nią. Zjechał z lodowiska, czerwony na twarzy i ciele, ale z uśmiechem zadowolenia. Jego trener natychmiast podał mu ochraniacze na łyżwy, aby nie uszkodził ostrzy.
            — Salto!? — wykrzykiwał. — Naprawdę? Nie mogłeś się powstrzymać? A gdyby coś ci się stało? Złamanie?
            — Przecież już je robiłem…
            — Wychodzi ci raz na pięć!
            — Szczegóły! — Wzruszył ramionami, nakrywając się bluzą.
            — To było elektryzujące! — oceniła prowadząca, wjeżdżając na lód. — Jiri w niecodzienny sposób łączy swing z jazdą na lodzie! Co za talent!
            — Nic dziwnego, że wszyscy przewidują mu świetlaną przyszłość łyżwiarską — kontynuował jej współprowadzący, ledwo trzymając się na łyżwach. — Jeszcze raz, wielkie brawa!
            Jiri pomachał do widowni zza bandy, dziękując im za wsparcie. Następnie zwrócił się w moją stronę i dodał:
            — Teraz ty. Gotowy?
            Wziąłem głęboki wdech i nim zdążyłem odpowiedzieć, zagłuszył mnie głos prowadzących.
            — Pora na kogoś, kto właściwie otarł się o Grand Prix, nasz rodak. Właściwie jako pierwsza osoba z Polski mogła to osiągnąć i życzymy mu dalszych sukcesów!
            — Zwłaszcza, że powrócił do łyżwiarstwa i macie okazję go obserwować teraz jako pierwsi. Drodzy państwo, bez dalszych zapowiedzi, Feliks Konecki!
            Na dźwięk własnego imienia i nazwiska rozchodzącego się echem poczułem jak coś zimnego przejeżdża mi po płucach, a potem spada na żołądek.
            Jiri poklepał mnie po plecach i posłał mi zachęcające spojrzenie. Spokojne i przyjacielskie. Skinął głową, a ja ruszyłem na lodowisko.
            Minęli mnie prowadzący, rzucając mi ciekawskie spojrzenia i sztuczne uśmiechy. Wjechałem na lód, nie czując przez moment nic. Trybuny wypełnione ludźmi, wyglądały trochę jak cienie, wśród świateł reflektorów. Nie potrafiłem ich właściwie dostrzec, ale może to i nawet lepiej. Błysnęło kilka fleszy, gdy wjechałem na środek.
            Czułem przyjemny chłód, który rozchodził się od tafli i delikatnie przedzierał się przez mój strój.
            Wziąłem głęboki wdech i uniosłem ręce nad głowę. Skrzyżowałem je, aby tworzyły „X”.
            Wysłałem Xaverowi zaproszenia, tak jak obiecałem. Jemu i jego siostrze. Jeżeli to widział, wiedział, że przepraszam.
            Chciałem pokonać mój strach, który zdawał się mnie nie opuszczać. Prawie mnie pożerał. Gdy się nie uda, nadejdzie znów ciemność… Znów strach… Znów stres… Znów leki i terapie… Nie dam rady znów przez to przechodzić… Czy zaczynałem panikować? Oddychałem szybko.
            — Dalej, Feliks! — Usłyszałem głos Miłosza, a to prawie kompletnie mnie zbiło z tropu. Zawsze był donośny, ale nie sądziłem, aby usłyszał go, aż z Torunia. A może sobie to wyobraziłem?
            Miłosz…
            Teraz byłem na lodowej scenie, a ludzie przyszli tutaj oglądać występ.
            Sztuka. To o tym zawsze myślałem.



 Piękna i Bestia - Evermore (Instrumental)

            Rozeszły się pierwsze dźwięki melodii i ruszyłem, zrywając znad głowy znak „X”.
            Moim początkowym krokiem rozpędowym była przekładanka tyłem, rozstawiając ręce na boki. Sunąłem po okręgu, pozwalając się wciągnąć w jego środek. Melancholijne i wolne ruchy. Mój taniec, w przeciwieństwie do Jiriego, miał być spokojny i wolny. Chciałem sobie przypomnieć wszystkie kroki, dawne części układów, ulubione figury.
            W trakcie, gdy sunąłem po niewidzialnej linii, wykonałem stany piruet, a świat reflektorów zawirował wraz ze mną. Dwa obroty i wróciłem do przekładanki tyłem, by w końcu dotrzeć do samego centrum i wykonać kolejny piruet. Tym razem odchyliłem się do tyłu, unosząc ręce ponad głowę.
            Przeszedłem do bardziej dynamicznej części, wykonując trójkę skakaną. Zmiana krawędzi, nagła zmiana kierunku. Unosiłem dłonie, często i w rytm muzyki, z elegancją i spokojem.
            Z przyjemnością słuchałem oklasków, mieszających się z odgłosem cięcia lodu. Drobne kryształki ulatywały spod moich łyżew, przypominając nieco te, które znajdowały się na moim stroju. W końcu zrobiłem wypad na prawą nogę z obrotem. Wciąż się obracając, powstałem, rozkładając ręce.
            Jechałem dalej przeplatanką tylną, aż melodia nakazała mi wykonanie kolejnej figury. Odchyliłem się i lewą ręką złapałem się lewej łyżwy, gdy tylko uniosłem nogę. Kręciłem się chwilę wkoło, czując jak zaczynam się już męczyć.
            Pozwoliłem sobie wtedy na przejechanie po długości lodowiska, aby przymierzyć się do toeloopa, którego wykonałem. Słysząc brawa, wykonałem powolne mondo, sunąc po kolejnym, niewidzialnym kole.
            Nadeszła pora na moją sekwencję piruetów, które uwielbiałem. Nie wszystkie były konkursowe, ale i tak się ich uczyłem, właśnie na takie okazje, aby czasem móc się jedynie pochwalić. Poza tym, dzisiaj nie liczyły się punkty.
            Pierwszym piruetem przypominałem literę „Y”. Lewą nogę wyniosłem wysoko do boku, a dłonie w górę. Nabierałem tempa, przy zamykaniu rąk i nóg. Piruetową sekwencję zakończyłem ze skrzyżowanymi nogami i rękoma na klatce piersiowej. Musiałem przyznać, że odrobinę zakręciło mi się w głowie. Wyszedłem z piruetów wężykami tyłem. Przeszedłem do przekładanki tyłem i nadszedł czas na twizzle. Ugiąłem prawą nogę w kolanie, dłonie złożyłem przed sobą i kręciłem się powoli. A potem to samo, tyle że z dłońmi za plecami.
            Uśmiechnąłem się widząc, że i to się spodobało publice.
            A więc chciałem więcej, chciałem, aby to przedstawienie trwało.
            Z nadejściem mocniejszych dźwięków muzyki, przeszedłem do sekwencji piruetów. Skok do piruetu wagi, który był jednym z moich ulubionych. Piruet wagi zawsze efektownie wyglądał. Szybkie wyjście, zwrot i wejście do piruetu siadanego ze zmianą nogi. Wstając, przeszedłem bezpośrednio ponownie do piruetu z odchyleniem.
            Udało się! Przyjąłem kolejną porcję braw, a moje serce o mało co nie wyskoczyło mi z piersi. Boże, co za fantastyczne uczucie!
            Jeszcze jeden piruet! Tym razem piruet, który pieszczotliwie zwałem „wiatraczkiem”, bo w trakcie kręcenia się, wolna noga, ta nie dotykająca lodu, unosiła się i opadała wraz z rytmem muzyki, a ta przeszła to swoich charakterystycznych dźwięków.
            Sunąc dalej, nie chcąc wypaść z rytmu, wykonałem dwa krótkie skoki. Zbliżałem się do końca, ale zdążyłem jeszcze przejechać długość lodowiska tyłem. Nagle zmieniłem kierunek i po nabraniu tempa zacząłem wykonywać spiralę, z wysoko uniesioną nogą, przypominając nieco jaskółkę. Wjeżdżałem nią w środek okręgu.
            Im bliżej końca, tym spokojniejsza muzyka, a ja zrobiłem jeszcze łuki na jednej nodze, zwroty i trójki, by w końcu zakończyć występ na środku lodowiska w wyćwiczonej już pozie.
            Zatrzymałem się, z rozpostartymi rękoma i wpatrywałem się w zamknięty dach Stadionu Narodowego. Pojedynczy kosmyk włosów prawie wpadł mi do oka. Oddychałem ciężko, ale po moim ciele rozlewała się adrenalina i satysfakcja. Udało się! Zrobiłem to! Pokonałem strach!
            Poczułem jak zapiekło mnie oko i szybko otarłem pojedynczą łzę, a potem dotarło do mnie, że publiczność bije mi brawo. Ocknąłem się i wyszedłem ze swojej sztuki. Ukłoniłem się nisko, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Skłoniłem się ponownie, elegancko przykładając dłoń do piersi.
            — Dziękuję — mówiłem dość głośno, ale pewnie i tak nic nie słyszeli. — Dziękuję.
            Pomachałem widowni, pokłoniłem się ponownie i odjechałem, czując jak strach ustępuje, a na jego miejsce wchodzi szczęście. Tuż przy bandzie w objęcia złapał mnie Jiri, krzycząc mi głośno do ucha gratulacje. Enzo poklepał mnie po plecach, a Yuki klaskała, uśmiechając się wesoło. Moi łyżwiarscy przyjaciele byli ze mnie tak dumni, że prawie się w pełni popłakałem.
            Obejrzałem się jeszcze raz w stronę widowni i uśmiechnąłem się.

***

            Miłosz nie był znawcą ludzkich uczuć, ale tym razem dostrzegł w uśmiechu Feliksa prawdziwe szczęście. Wszystkie Koty na stadionie wstały i biły brawo, krzyczały do niego, ale on chyba jeszcze był w transie po występie. Wpatrywał się w sufit, a reflektory otaczały jego drobną, elegancką figurę z każdej strony. Wyglądał tam pięknie i na miejscu.
            Pięknie, pomyślał Miłosz.
            Radość, która pojawiła się twarzy Feliksa, sprawiła, że on sam się uśmiechnął i nie mógł przestać. Widział jak inni łyżwiarze łapią go w objęcia tuż przy zejściu z lodowiska. Jakże wspaniałe to było.
           
***

            Przez resztę imprezy nie chowałem się już za kulisami. Stałem prawie przy bandzie i obserwowałem Enzo, Yuki i jeszcze kilka innych osób, które brały udział. Razem z Jirim po prostu dobrze się bawiliśmy, a ja czułem coraz większą radość.
            A potem, po wspólnym, krótkim występie wszystkich artystów, przedstawienie dobiegło końca. Światła zgasły, publika zaczęła się rozchodzić, a my wróciliśmy do szatni, by móc wziąć prysznic i się przebrać. I buzia mi się nie zamykała, cały czas trajkotałem. Mówiłem o skokach, piruetach, ludziach, lodzie, lodowisku, łyżwach, gracji, chwaliłem innych, wymieniałem, co zrobili dobrze i co mnie zainspirowało.
            I chciałem tańczyć i śpiewać, odurzony radością.
            Wróciłem do tego, co kochałem.
            Nie chciałem już wątpliwości. Nie chciałem myśleć, że powroty mogą być bolesne. Chciałem robić to, co sprawiło mi przyjemność.
            — Feliks! — Gdy tylko wyszedłem z szatni, ku mnie biegła moja mama. Wyściskała mnie mocno, prawie zalewając się łzami. Nawet tata pojawił się obok nas, choć on był bardziej oszczędny w gestach. Koniec końców wolał, aby jego syn uprawiał bardziej męski sport niż łyżwiarstwo figurowe. Gdybym kontynuował hokej, pewnie by się wzruszył, ale teraz mi to nie przeszkadzało. Liczyło się to, że tu był.
            Menadżerka i trenerka porwały mnie nim zdążyłem pogadać z rodzicami. Okazało się, że jakaś stacja telewizyjna chce mi zadać kilka pytań. Nim zdążyłem się zorientować, stałem przy ściance, z reflektorem i kamerą przy twarzy. Po chwili pojawił się mikrofon i reporterka z kanału sportowego, która wyglądała na osobę wolącą zadawać pytania prawdziwym sportowcom, na prawdziwym wydarzeniu sportowym, ale i tak była uprzejma. Zapytała o moje plany, więc odparłem, że na razie nie myślę o przyszłości, bo to dopiero pierwszy krok.
            Podziękowała, odeszła. A wtedy zza jej pleców wyłonił się Miłosz.
Utkwiłem w nim wzrok. To jego słyszałem w ciszy, tuż przed rozpoczęciem występu. Nie przesłyszałem się. Był tu.
            — Miłosz? — Wolałem się upewnić, bo możliwe, że byłem na jakimś dziwnym haju.
            — Feliks — odpowiedział poważnie.
            Zadrżałem. Kapitan wpatrywał się we mnie poważnie, jakbym właśnie zrobił coś bardzo złego. Już chciałem się rzucić do wyjaśnień, gdy podszedł do mnie i uściskał mnie mocno. Przypomniał mi się sen o nim, o tym, co robiliśmy w szatni, gdy miał na sobie strój hokejowy. Moje ciało zaczęło płonąć, gdy poczułem jego mięśnie i siłę. Zaciągnąłem się jego zapachem, mieszaniną perfum, chłodnym zapachem mięty i lodu.
            — Dlaczego nam nie powiedziałeś? — zapytał, odsuwając się o krok, ale wciąż trzymając swoje duże dłonie na moich ramionach.
            — Mówiliście na łyżwiarzy per łabędzie i nie chciałem, abyście się ze mnie śmiali.
            — Jesteśmy drużyną, Feliks. Jesteś Kotem. Wspieramy cię — oznajmił. — Choć, czuję, że już nie na długo.
            — Co? Co masz na myśli?
            Uśmiechnął się delikatnie, a jego błękitne oczy sprawiły, że ugięły się pode mną kolana.
            — Domyślisz się — zapewnił. — Ale cokolwiek postanowisz, chcę abyś wiedział, że będę ciebie wspierał.
            Wziąłem głęboki wdech.
            — Miłosz, dziękuję. Ja… Ten występ… Chodzi o to, że…
            — To było piękne — przerwał mi. — To, co robiłeś na lodzie. Co za talent i gracja. I to wyjaśnia dlaczego byłeś taki… delikatny.
            Wyszczerzyłem zęby.
            — Zawsze jestem delikatny — zapewniłem. — Boże! Ale, co ty tu robisz? Skąd…?
            — Julian się wypaplał. Zwerbowałem te Koty, które mogły przyjechać, by cię wesprzeć. Nie wpuścili nas jednak za kulisy, więc byliśmy tylko na trybunach.
            — Słyszałem cię — poinformowałem. — Na kilka sekund przed rozpoczęciem układu. Wsparłeś mnie. Dziękuję.
            Teraz Miłosz wyglądał na kogoś, komu ugięły się kolana i przytrzymał się mocniej moich ramion. Po chwili mnie puścił i odsunął się jeszcze trochę, jakby wyczuwał jakieś niebezpieczeństwo.
            — Cała przyjemność po naszej stronie — odparł. — A teraz, muszę poinformować resztę, że cię znalazłem. Nie odbierałeś komórki, gdy Anastazja dzwoniła i rozdzieliliśmy się, aby ciebie znaleźć.
            — Komórkę mam w torbie, kompletnie o niej zapomniałem — przyznałem, sięgając do torby. Pięć połączeń od przyjaciółki. To prawie jak nieodebrane połączenia od mamy.
            — Hej, Feliks!
            Nim zdążyłem wybrać numer, usłyszałem jak ktoś mnie woła. Szczerze nie potrafiłem przyporządkować tego głosu do kogoś, kogo znam, a więc gdy uniosłem głowę, mocno się zdziwiłem. Na tyle mocno, że telefon wypadł mi z ręki, ale Miłosz go szybko podchwycił, jakby był bramkarzem łapiącym krążek.
            Ku mnie szedł Karol.
            Karol. Ten Karol. Moja miłość przez dwa lata liceum, która nie odwzajemniła uczucia. I nie pomagało mi teraz to jak dobrze wyglądał w czarnym, rozpinanym cienkim swetrze, sięgającym ud, białym t-shircie, ciemnych spodniach i butach. Na początku go nie poznałem, bo w liceum miał długie włosy, które teraz ściął krótko, a jego ciemna grzywka przypominała mi nieco dziób ptaka. Wcześniej nie miał też zarostu, ale przez ten czas jak się nie widzieliśmy udało mu się go wyhodować.
            — Cześć — powiedział, uśmiechając się. Prawie strąciło mnie to z nóg, a radość, którą przed chwilą odczuwałem, zamieniła się w niepewność.
            — Cześć — odpowiedziałem.
            Miłosz wcisnął mi telefon w dłoń.
            — Zostawię was — poinformował i zmierzył Karola wzrokiem. Chciałem go poprosić, aby nie odchodził, ale nie chciałem wyjść na mięczaka. Karol odprowadził mojego kapitana wzrokiem, a następnie spojrzał na mnie.
            — Wyglądasz super. I rewelacyjny układ — dodał. — Gratuluję.
            — Tak, eee… Dzięki. — Skinąłem głową, poprawiając nerwowo torbę na moim ramieniu. — Co ty tu robisz?
            — Jak usłyszałem, że będziesz tutaj występować, nie mogłem się powstrzymać i przyjść — wyjaśnił uprzejmie, chowając dłonie w kieszeniach. Wciąż był ciut wyższy ode mnie.
            — To miłe — przyznałem, rozglądając się. — Jesteś sam?
            — Ze znajomymi — odparł. — Poszli po coś do picia. Ja chciałem ciebie odszukać i… Cóż, pogratulować. I przeprosić. W sumie jedno i drugie — stwierdził. Uśmiechnął się do mnie, a jego uśmiech zawsze sprawiał, że czułem się obezwładniony. — Przeprosić za bycie dupkiem. Rok temu. Miałem sporo na głowie.
            — Już mi przeszła złość — odparłem, nie będąc do końca pewnym, czy to prawda. Prawdę mówiąc przez ostatni rok działo się tyle, że nie miałem czasu rozpamiętywać tego jak Karol mnie skrzywdził. Zwłaszcza, że o nieodwzajemnionym uczuciu szybko starałem się zapomnieć. — Mieszkasz teraz w Warszawie?
            — Przeniosłem się tutaj zaraz po maturach — wyjawił, a ja sobie przypomniałem, że przecież on był młodszy ode mnie. W tym roku pisał matury. — Znalazłem mieszkanie i pracę. Chcę trochę zarobić zanim zacznę studia. A ty dalej w Toruniu?
            — Tak, zgadza się — przytaknąłem. — Miałeś mnie odwiedzić, ale…
            — Wiem. Posłuchaj — Podrapał się z tyłu swojej szyi, odrobinę zażenowany. — Jest szansa, że umówisz się ze mną na kawę, a ja ci opowiem, co i jak? I postaram się ci to wynagrodzić. W sensie, nie kawę, a moją dupkowatość.
            — Ja… Nie wiem — odpowiedziałem szczerze.
            — Rozumiem. Jakbyś zmienił zdanie, jestem cały czas tutaj. Jakbyś spędzał wakacje u rodziców, czy coś…
            — Jasne, dam znać.
            Spojrzał nagle ponad moje ramię. Uśmiechnął się ponownie, znów mnie rozbrajając.
            — Będę już szedł. Jak będziesz chciał się spotkać, odezwij się — poprosił.
            — Jasne. Dam znać jak… będzie czas.
            Karol mrugnął do mnie na pożegnanie i odszedł, ale nie zabrał ze sobą wszystkich wspomnień. Cmoknąłem pod nosem, niezadowolony.
            Ledwo się odwróciłem, wpadła na mnie reszta Kotów. Antoni, Bernard, Julian i Anastazja wyściskali mnie tak mocno, że prawie straciłem oddech. Gratulowali mi, klepali po plecach (zapominając jaką mają siłę i to, że jestem z nich najdelikatniejszy), chwalili i cieszyli się z mojego występu. Miłosz stał nieco dalej, ale przyglądał się tej scenie z uśmiechem.
            — Dlaczego nic nie mówiłeś? — pytał Bernard.
            — To było niesamowite! — mówił Julek. — Dlaczego nie robisz takich skaczących piruetów w trakcie hokeja?
            — To chyba niedozwolone — odpowiedziałem.
            — Ale jakbyś tak w powietrzu z kijem bziuuuum. — Julian zademonstrował o co mu chodziło.
            — To już na pewno niedozwolone — zaśmiała się Anastazja. — Wybacz Feliks, ale Julian puścił parę z ust.
            Wtedy chłopak uspokoił się i spojrzał na mnie jak kajający się pies.
            — Przepraszam, Feliks.
            — Nic się nie stało — odparłem. — Może to i nawet lepiej? — Uśmiechnąłem się do niego krzepiąco. — Jejku, cieszę się, że tu jesteście! Przyjechaliście dla mnie, to niesamowite. Dzięki wam wielkie, serio. Słowo.
            — Niestety nie udało nam się zamówić wielkiego tortu z tej okazji — wtrącił sarkastycznie Antoni. — A miał być w nim być striptizer.
            Uniosłem wysoko brwi, a Antoni westchnął.
            — Daj spokój, już wszyscy wiedzą — odpowiedział, wywracając oczami. — Nie jesteś szczególnie heteronormatywny.
            — Och. Cóż… — odparłem zakłopotany.
            — Proponuję iść na miasto i uczcić powrót Feliksa — oznajmił Miłosz, a reszta na to przystała.
            — Brzmi super! Gdzie nocujecie? — zapytałem. — Bo możemy w okolicy, abyście nie mieli daleko i… Co jest? — zapytałem, gdy na twarzach Kotów pojawiło się coś na wzór przerażenia.
            — Nie zarezerwowaliśmy noclegu! — powiedział Julian, łapiąc się za głowę.
            — Wystarczy, że Valerie nie ma i już jesteście bezradni — westchnęła Anastazja.
            — Jak mogliśmy tego nie zrobić? — jęknął Antoni. — Przecież to… To wasza wina i tej spontanicznej decyzji i…
            Podczas gdy Koty zaczęły panikować, wzajemnie obarczając się winą, ja przeniosłem wzrok na moich rodziców, którzy wciąż stali gdzieś z boku. Moja mama posłała mi pytające spojrzenie, a ja wpadłem na pewien pomysł.
            — Mamooooo — zacząłem, uśmiechając się słodko.

***

            Gdyby ktoś mi dziś rano powiedział, że jeszcze tego samego wieczoru będę gościł w swoim mieszkaniu kilka Kotów, nie uwierzyłbym. Mama zgodziła się, zresztą z wielką chęcią, aby moi przyjaciele mogli u nas przenocować. Nie poszliśmy wtedy na miasto, a od razu do mieszkania rodziców, w którym otworzyliśmy szampana.
            Tata wyglądał na nieco zaskoczonego faktem, że kilkoro wielkich hokeistów znajduje się u niego w salonie i traktują jego syna jak równego sobie przyjaciela. Co więcej, wychwalali mój występ, wcale nie odbierając mi męskości.
            Następnie razem z mamą i Anastazją zabraliśmy się w kuchni za szykowanie wielkiej lasagne’i, aby nakarmić gości. Dołączył do nas Miłosz, który okazał się być całkiem dobry w krojeniu równo pomidorów i tarciu sera.
            Gdyby ktoś mi powiedział, że dziś wieczorem będę świętować swój powrót na lodowisko, grając w Mario Kart i jedząc tłuściutką lasagne’ę z ciągnącym się serem, pewnie bym nie uwierzył. Dowiedziałem się za to, że mój tata i Bernard są zaskakująco dobrzy w tę grę i właściwie nikt nie był w stanie ich pokonać.
            A potem Julian zadecydował o karaoke i ku mojemu zdziwieniu (i trochę wstydowi), moi rodzice zaśpiewali Dumkę na dwa serca, jednocześnie robiąc jakiś dziwny teatrzyk, co wprawiało Koty w śmiech. Ale najwidoczniej mama i tata nie mieli problemów z zawstydzeniem syna. Co więcej, próbowali wykonać te same figury, które ja robiłem na lodzie. Przez ten widok prawie wyplułem piwo z ust.
            Gdy ktoś mi powiedział, że tej nocy w moim pokoju na piętrze, na przygotowanym materacu będzie spała dwójka Kotów, nie dałbym temu wiary. Miłosz i Bernard wzięli prysznic i położyli się spać niedaleko mojego łóżka. Miłosz był tak blisko, że wystarczyło wyciągnąć rękę, abym mógł zmierzwić jego czarne włosy.
            Antoni i Julian spali na rozkładanej kanapie w salonie, a Anastazja wróciła do siebie taksówką. Rodzice zamknęli się w swojej sypialni, chichocząc, delikatnie odurzeni alkoholem (hokeiści narzucili tempo picia, które już mi nie było obce i się przyzwyczaiłem).
            Gdyby ktoś mi tej nocy powiedział, że zatęsknię za Karolem, cóż… strzeliłbym mu w łeb. Tak więc złożyłem dłoń tak, aby udawała broń i przyłożyłem ją sobie do skroni.
            — Bum — powiedziałem cicho.
             


_____________________________________________________


            Uf! Trochę mnie nie było, ale nowy semestr powraca! Chciałbym Was przeprosić za to, że musieliście tak długo czekać, ale były trzy powody dłuższej nieobecności.
            Po pierwsze – przez ostatnie tygodnie skupiałem się na Szeptach i Wilczym Gryzie, czyli książkach, które wydaję i możecie je zakupić na BucketBook. Zasadniczo wydawanie książek strasznie mnie jara, więc moja uwaga się na tym skupiła.
            Po drugie – nie będę ukrywał, że ostatnio nie jest kolorowo w moim życiu prywatnym, co również wpłynęło na pisanie, a raczej odkładanie pisania na bok. Co, niestety, również wpłynęło na moje osobiste terminy. Niemniej, uspokajam, że premiera Fałszywego Wilkołaka nie uległa zmianie i będzie dostępny od 31 marca.
            Po trzecie – przez moment miałem wrażenie, że opowiadanie się wypaliło, a pomysły w mojej głowie są… słabe. Cóż… Nic tak najwidoczniej nie pomaga jak udawanie, że jeździ się na łyżwach po pokoju i wykonuje układ Feliksa. Polecam.

            Dziękuję bardzo Natalii za jej fenomenalną pomoc w tworzeniu układu Feliksa! Wszystkie te sprawy techniczne, tempo i rytm, wymyślała ona, a ja przelałem to na „papier”. Dziękuję raz jeszcze!

            Ach, a teraz jeszcze obrazek, który już jakiś czas temu narysowała George. To z początkowej sceny tego rozdziału… ;)