wynik

22 paź 2017

Rozdział 20 - Przyjaciele, część 2



Rozdział 20
Przyjaciele
Część 2


– A co wy tu robicie? – zapytał Xaver, wchodząc nagle do kuchni. Razem z Sonią podskoczyliśmy. Popatrzyliśmy po sobie szybko. Czułem się trochę jak dziecko, które zostało przyłapane na próbie kradzieży ciasteczka ze słoika.
– Rozmawiamy – odpowiedzieliśmy równo.
– O tobie – dodała Sonia, szczerząc zęby. Posłałem jej szybkie, ostrzegawcze spojrzenie. – I o tym jakim uroczym berbeciem byłeś.
– Uch – jęknął Xaver i usiadł koło mnie. – Opowiedziała ci już jak zsikałem się na obozie letnim?
Uniosłem wysoko brwi.
– Nieeeee. Ale chcę usłyszeć. – Spojrzałem na Sonię, a ona się roześmiała.
– Zabraniam ci – oznajmił Xaver i objął mnie jedną ręką. Poczułem się dziwnie, gdy czułem jego ciepło i ciężar na ramionach.
– Pff. Gdybym robiła zawsze to, co mówisz, to bym w ogóle nie miała żadnej zabawy – odparła. – A tak naprawdę, to uciekliśmy przed twoim syrenim zawodzeniem.
– Zawodzeniem? – powtórzył urażony. Spojrzał na mnie. – To prawda, kotku?
– Cóż… – odchrząknąłem, a on zrobił obrażoną minę. – Ja też źle śpiewam! – powiedziałem szybko. – Anastazja dzisiaj zgasiła mi za karę światło, gdy śpiewałem pod prysznicem.
Nieco udobruchany, pocałował mnie w policzek. To zapiekło, ale nie tak przyjemnie jak kiedyś.
Rodzeństwo zaczęło dalej się przekomarzać, a ja starałem się nie dać po sobie poznać, że Xaver i Miłosz kiedyś się pocałowali. Ciekawość wwiercała się we mnie jak wiertło. Musiałem poznać dalszą część tej historii. Skoro Miłosz i Xaver byli tak blisko, co się wydarzyło, że ich tak poróżniło?
I dlaczego Xaver nigdy mi tego nie powiedział?
Niestety Sonia została porwana przez resztę imprezowiczów, a ja zostałem z Xaverem sam na sam.

***

            Anastazja ten wieczór spędzała ze swoim chłopakiem, czyli Julianem Łapą. Nie planowała niczego więcej niż przytulanie się, przyjemne całowanie i oglądanie filmów z zapasem pizzy i niezdrowych napojów gazowanych. Niestety los czasem miał inne plany.
            Musiała przyznać przed samą sobą, że towarzystwo Juliana bardzo jej odpowiadało. Chłopak praktycznie był akumulatorem pozytywnej energii. Pomijając również uroczy charakter i poczucie humoru, Julian był również przyjemny dla oka. Jako, że grał od kilku lat w hokeja i był jednym z Kotów, jego ciało było twarde i atletyczne. Chociaż sama dbała o kondycję fizyczną, to jednak miała wrażenie, że on był bardziej wysportowany. I był właścicielem hokejowej pupy, która naprawdę wyglądała zaskakująco dobrze nawet w dresach. Tylko dzisiaj upuściła łyżkę na podłogę, aby się pochylił i mogła podziwiać to cudo.
            – Czy ty mnie obczajasz? – zapytał, gdy podniósł z podłogi łyżkę.
            – Może trochę – odparła.
            Objął ją i przygryzł wargi.
            – Obczajasz mnie. No, no. Mam nadzieję, że nie zawiodłem, chociaż nie równam się z naszym Kocurem.
            – Kocur jest za duży – odparła szczerze Anastazja. Rozumiała zachwyt nad tyłkiem Miłosza, ale sama nie była fanką.
            – To mi nawet schlebia – oznajmił Julian, szczerząc zęby.
            Potem się pocałowali i wrócili z kuchni do jej pokoju i zalegli przed laptopem, na którym wyświetlał się zatrzymany film. Zdecydowali się na obejrzenie horroru, ale wychodziło na to, że nie był tak straszny jak wszyscy zapowiadali. Przynajmniej dla Anastazji, bo Julian kilka razy się wzdrygnął, ale to było urocze. Wyglądało trochę jak w momencie, gdy pies śpi i nagle się porusza, przebierając łapami.
            – Czekaj… to wiedźma ich zabiła? – zapytał Julian.
            – Nie wiem – odparła Anastazja. – Nie widziałam wcześniej tego…
            – Ale jak to możliwe? – dopytywał. – Przecież to tamten facet z grzywką otworzył pudełko.
            – Julian – przerwała mu. – Słowo. Mam tyle samo informacji na temat tego filmu, co ty…
            – Ale… – Wskazał na ekran. – To nie ma sensu. Sarah i Mike poszli do tego domu sami. Więc klątwa nie mogła przejść…
            – To nie jest Mike – powiedziała Anastazja. – Mike umarł w wypadku samochodowym. To jest Josh.
            Julian wpatrywał się w ekran z wyrazem konsternacji na twarzy.
            – Josh… To jest Josh?! – Klepnął się w czoło. – Aaaa… teraz ma to sens.
            Anastazja roześmiała się, gdy zauważyła ulgę na twarzy swojego chłopaka. Pocałowała go w policzek, a on spojrzał na nią zaciekawiony.
            Miał powód. Odkąd zaczęli się spotykać, Anastazja rzadko kiedy sama zaczynała czułości, które towarzyszą parom. Przeważnie to Julian musiał przejmować inicjatywę i rozpoczynać wszelkie przytulania. Na początku miał wrażenie, że robi to zbyt natarczywie, ale okazało się, że Anastazja, mimo iż miała chłopaków już wcześniej, wciąż miała pewne problemy z otwarciem się. Co sprawiło, że wystrzelona w serce Juliana strzała Amora wbijała się głębiej, z przyjemnym bólem.
            Chyba się zakochiwał…
            – Za co? – zapytał z uśmiechem.
            – Za nic – odpowiedziała. – Lubię cię.
            – Ja ciebie też lubię.
            Tym razem pocałowali się w usta, mniej więcej w momencie, gdy w filmie wiedźma dorwała swoją kolejną ofiarę i właśnie pakowała ją do kociołka, który już był rozgrzany. Zapewne chciała ugotować żywcem swoją ofiarę.
            Julian oderwał się od Anastazji i spojrzał na laptopa. Dziewczyna zamknięta w kociołku krzyczała makabrycznie, parząc się i paląc.
            – Niezbyt to romantyczne – stwierdził.
            – Nieco psuje klimat – przyznała.
            Julian wyciągnął swoją długą nogę i nieczule przerwał śmiech wiedźmy, zmieszany z krzykiem kobiety, zamykając laptopa stopą, na której widniała kolorowa skarpetka w truskawki. Gdy zapadła cisza wrócił do Anastazji i pocałował ją czule, przebiegając palcami po jej policzkach. Ugryzła go delikatnie w dolną wargę i zaskoczony, otworzył oczy.
            – O mój Boże – wyrzucił z siebie. – Podoba mi się to.
            – Gryzienie?
            – Mhmm. Zrób to jeszcze raz. Poproszę – dodał.
            Ponownie przygryzła jego wargi, a ból przyjemnie rozlał się po jego ciele. Zaskoczony swoimi własnymi reakcjami, zorientował się, że lubił być odrobinę… zdominowany. Westchnął lekko, wracając do pocałunku.
            Obrócili się i teraz Anastazja leżała na nim, a on błądził dłońmi po jej ciele. Przez ubrania, ale i tak bardzo mu się to podobało. Jej włosy łaskotały jego twarz, a zęby ponownie przygryzły wargi.
            Anastazji podobało się to, że tak silny i duży mężczyzna leży pod nią, reagując na jej dotyk i pieszczoty oraz delikatną dominację. Zaskoczona tym, jak bardzo się jej to podoba, chciała sprawdzić jak daleko może się posunąć. Dlatego wjechała dłońmi pod jego t-shirt przedstawiający napis „Tokyo” i przejechała paznokciami po jego piersi. Choć wydał z siebie cichy pomruk i syknął cicho, nie poprosił, aby przestała.
            Przygryzła swoje wargi, podekscytowana…
            Julian dawał się dominować.
            Następnie zjechała ustami do jego szyi i wgryzła się w nią, a on ponownie nie poprosił o przestanie. Zaskomlał jak pies i poruszył biodrami, ale nie pozwolił sobie na to, aby jego pragnienia zawładnęły nim. Anastazja oderwała zęby od szyi chłopaka i z radością obserwowała ślad, który pojawił się na skórze.
            Wtedy zadzwonił domofon i oboje odrobinę oprzytomnieli. Popatrzyli po sobie zamglonym wzrokiem, a Julian poczuł nagłą suchość w gardle.
            – Pizza – stwierdziła Anastazja, siadając na udach Juliana. On oparł się na swoich łokciach. Miał czerwone ślady przy ustach i rodzącą się malinkę na szyi, którą delikatnie potarł dłonią. – Otworzę.
            – Jasne – odparł odrobinę zachrypniętym tonem.
            Anastazja opuściła pokój i podeszła do domofonu, który zaczął dzwonić już drugi raz. Poprawiła włosy i przetarła twarz.
            Co w nią wstąpiło? Czuła się odrobinę zażenowana, ale i podekscytowana. Julian został u niej w pokoju. Co sobie teraz myślał?
            Odebrała pizzę od raczej niezbyt miłego dostawcy, który burknął pod nosem jakieś tam słowa i poszedł, nie odpowiadając na pożegnanie Anastazji. Wymierzyłaby mu karę, gdyby mogła i…
            Zamarła.
            – Ogarnij się, dziewczyno – poprosiła samą siebie, szeptem.
            Zamknęła drzwi do mieszkania i wróciła do pokoju. Julian już nie leżał na podłodze. Stał teraz przy tablicy korkowej i przyglądał się galerii zdjęć, która tam wisiała. Miał dłonie schowane w kieszeniach i wzrok skupiony na zdjęciach. Ślad po jej ugryzieniu był coraz lepiej widoczny. Ciekawe czy Koty nie dadzą mu przez to spokoju…?
            – Robisz niesamowite zdjęcia – powiedział i uśmiechnął się do niej. – Potrafisz tak złapać te kolory, że… niesamowite – zakończył, bo zabrakło u słów.
            Anastazja uśmiechnęła się bez przekonania i postawiła pudełko z pizzą na biurku. Ponieważ milczała, Julian spojrzał na nią zatroskany.
            – Mam… iść? – zapytał.
            – Co? – zdziwiła się. – Czemu?
            – Bo… jestem… podatny na twoje… gryzienie? – zasugerował i podrapał się nerwowo po dłoni. – Przepraszam, ale podoba mi się to.
            Przyjrzała mu się uważnie.
            – Co? – powtórzyła. – Nie, nie chcę, abyś sobie poszedł. Mi też się to… podoba. W sensie… – odchrząknęła. – Lubię dominować – oznajmiła.
            Julian odchrząknął.
            – A ja lubię… być zdominowany – odpowiedział. – Jak się okazuje.
            Oboje pokiwali głowami, odczuwając niewysłowioną ulgę.
            – Okej, to wyznanie sprawiło, że jestem dwa razy bardziej głodny – oznajmił Julian.
            – Tak, ja też – przyznała. Zabrali pudełko na podłogę i usiedli, opierając się o łóżko. Usiedli bardzo blisko siebie, czując wzajemnie swoje ciepło.
            Przez moment jedli w ciszy, ale Anastazja nie odczuła niepokoju. Julian był blisko.
            – Abstrahując od naszych krępujących fetyszów – zaczął Julian, a Anastazja parsknęła śmiechem. – Robisz naprawdę świetne zdjęcia. – Wrócił wzrokiem do tablicy korkowej. – Zrobisz mi kiedyś zdjęcia?
            – Już robiłam – odparła. – Gdy graliście – wyjaśniła. – I na lodowisku.
            – Tak, ale wiesz, takie… prywatne – sprecyzował.
            – Ach. Chcesz sesje zdjęciową.
            – Noooo! – zawołał i uśmiechnął się szeroko. – Z psami!
            – Dobrze – przytaknęła. – Chyba damy radę z czymś takim. Pogoda dopisuje.
            – Super!
            Pocałował ją w czoło.
            Następnie przysunął się bliżej i przyłożył swój nos do czubka jej głowy. Poczuła jak głośno niucha.
            – Co ty…?
            – Co jest? – przerwał. – Co się dzieje? Czuję, że jesteś smutna.
            Spojrzała na niego, z rezerwą.
            – Wyczułeś to…?
            – Nie – wyszczerzył zęby. – Czasem lubię udawać psa, bo to rozśmiesza ludzi. Pomyślałem, że ciebie też, bo… widzę, że coś jest nie tak.
            – Okej, przyznam, że odetchnęłam z ulgą – wyznała, przykładając dłoń do serca. – Naprawdę przez moment myślałam, że potrafisz wywęszyć emocje.
            Julian roześmiał się wesoło, co przypominało odrobinę szczeknięcie.
            – Nie! Nic z tych rzeczy – zapewnił. – Ale widzę po tobie, że coś jest nie tak. Skoro to nie sprawy związane z naszymi pragnieniami, to… – Rozejrzał się po pokoju. – Zdjęcia.
            Anastazja zamarła, a Julian to dostrzegł.
            – Wcale nie – odpowiedziała spięta.
            – Co się dzieje? – zapytał. – Mogę ci jakoś pomóc?
            – Nie – odparła. – Odpuść, Julian.
            Westchnął ciężko.
            – Może włączę znów film? – zaoferował.
            – Tak. To dobry pomysł – przyznała.

Tom Odell - True Colors

            I dopiero wtedy zapadła niezręczna cisza, przerywana jedynie słabymi dialogami z filmu. Anastazja nie zjadła za dużo pizzy, czując jak żołądek się jej skurczył. Oto znów zepsuła kolejną rozmowę, gdy ktoś tylko jedynie próbował się do niej zbliżyć i poznać. Doskonale pamiętała, gdy próbowała zerwać kontakt z Feliksem, bo zaczął być zbyt… blisko. Gdyby nie upartość blondyna, prawdopodobnie teraz nie byliby przyjaciółmi.
            Zaczęła się zastanawiać ile wart jest dla niej Julian.
            Przypomniała sobie jej rozmowę z Feliksem w domku, który wynajmują Koty. Rozmawiali wtedy o tym, czy powiedzieć Julianowi prawdę. To było kilka miesięcy temu.
            I wtedy się wahała, bo nie wiedziała, co czuje do Juliana i co niesie przyszłość.
            A jednak on wciąż tu był, gotów jej wysłuchać, oferując pomoc. Oczywiście, nie mógł jej pomóc w żadnym wypadku, no chyba, że… mógłby ją wesprzeć.
            Próbowała to powiedzieć kilka razy w trakcie filmu, ale słowa zawsze więzły jej w gardle. Wiedziała, że nie powinna. Wiedziała, że to głupie. Wiedziała, po prostu to wiedziała. Jednak strach i doświadczenia kazały jej milczeć.
            Ale to Julian. Julian był dobry.
            – Jestem daltonistką – wyrzuciła z siebie nagle. Mniej więcej w momencie, gdy wiedźma rozrywała biednego Josha na kawałki.
            Julian zatrzymał film i spojrzał na Anastazję.
            Przyglądał się jej, czuła to, ale nie patrzyła na niego. Nie mogła. Czuła wstyd.
            Wtedy Julian nachylił się i pocałował ją w usta. Wzięła głębszy wdech, uśmiechnęła się i cicho załkała. Właściwie to chciała to stłumić, ale jej się nie udało.
            – O to chodzi ze zdjęciami, tak? – zapytał Julian.
            Pokiwała głową. Teraz, czując jego wsparcie – fizyczne i psychiczne, poczuła się lepiej. Pozwoliła się objąć.
            – Okej – powiedział.
            – I to tyle? – zdziwiła się.
            – Szczerze powiedziawszy to nie do końca wiem, co powiedzieć – wyznał, marszcząc czoło. – Nie rozpoznajesz wszystkich kolorów, rozumiem. Podejrzewam, że nie jest to komfortowe dla kogoś, kto z zamiłowania jest fotografem.
            – Sama nie wiem.
            Przetarła oczy, w których już pojawiały się łzy.
            – To nie jest nic złego – powiedział Julian. – Psy też nie widzą wszystkich kolorów. – Następnie wyprostował się, zestresowany. – Znaczy, eee! Nie porównuję cię do psów, chociaż wiesz, że lubię psy! To po prostu taka ciekawostka. Nie jesteś psem! Przepraszam!
            Anastazja roześmiała się cicho.
            – Spokojnie. Znam twoją miłość do psów. – Uspokoiła go i ujęła jego dłoń. Z przyjemnością splątał ich palce razem. – Dowiedziałam się już w podstawówce – odparła. – Wiesz, w książce od przyrody był test na ślepotę barw. Tak zwane tablice Ishihary. Wszystkie dzieciaki w klasie widziały dwójkę, a ja nie, no i… Rodzice wezwani do szkoły, rozmowa, urocza ksywka Anastazja Dalton, zaginiona siostra braci Dalton z Lucky Luke’a.
            – Wow, dzieciaki mają wyobraźnię – przyznał Julian. – Okej, czyli nie lubisz o tym gadać.
            – Nie – przyznała. – Nie lubię. Większość osób reaguje dziwnie i od razu wskazuje na coś, pytając się jaki kolor widzę. Nie wiem. To mnie dobija. Znaczy, to nie tak, że nie widzę w ogóle kolorów. Widzę, ale nie tak jak inne osoby. Czerwony, zielony i żółty mieszają mi się. Niebieski czasem wydaje mi się być czarny… To irytujące, zwłaszcza, że świat ma tyle kolorów! Zazdroszczę innym – dodała nieco zawstydzona. Zazdrość nie była dobra. – Ale nie mogę nic na to poradzić. Widzę inaczej, świat jest dla mnie inny. To tak jakbym w pudełku z trzydziestoma sześcioma kredkami różnych kolorów, widziała jedynie dwanaście. Jedną trzecią tego, co widzieć powinnam. Gdy patrzę na fotografie, czasami łapie mnie ogromny dół. Bo moim marzeniem jest zwiedzać świat, a nigdy nie zobaczę go tak… jak powinnam. – Zakończyła i pociągnęła nosem.
            Julian objął ją jeszcze mocniej, a ona wtedy poczuła jak coś w niej pęka. Kilka łez pociekło jej po policzkach i wsiąknęło w materiał t-shirtu Juliana.
            – Wiesz – zaczął powoli. – Świat może być piękny takim, jakim go widzisz. Niezależnie jakie kolory rozpoznajesz. A te zdjęcia to jedynie tego dowód. Widzisz świat na swój sposób, ja na swój i to jest piękne. Nie widzisz go mniej, ale… inaczej. A inne, nie oznacza złe, prawda?
            Anastazja ponownie pociągnęła nosem. Wtuliła się mocniej w Juliana.
            – Dziękuję – odparła cicho.
            – Chodź tu.
            Objął ją jeszcze mocniej i posadził tak, że teraz siedziała na jego udach. W końcu pozwoliła sobie spojrzeć w oczy – oczy, które nie rozpoznawały kolorów, które nie potrafiły do końca rozpoznać jakie tęczówki ma jej chłopak – i zobaczyła swoje własne odbicie w oczach Juliana.
            – Mam jedynie nadzieję, że widzisz mój olśniewająco biały uśmiech – oznajmił. Anastazja parsknęła śmiechem, a on rozpromienił się jeszcze bardziej. Gdyby miał ogon, merdałby nim zaciekle.
            – Widzę – odparła, czując jak jakiś ciężar z niej właśnie zlatuje i równie dobrze mogłaby teraz ulecieć pod sufit, gdyby Julian jej nie trzymał.
            Świat może być piękny, nawet jeżeli patrzymy na niego inaczej.

***

twenty one pilots: Stressed Out
            Hubert wrócił do domu późnym wieczorem. Po pracy na budowie, poszedł jeszcze na siłownię, gdzie zamieniał swoje łzy w pot, a dopiero potem poszedł do domu. Ciężko mu było tak myśleć, o tym miejscu, odkąd zmarła jego mama. Ona wnosiła tutaj najwięcej ciepła i wtedy naprawdę się czuło, że to miejsce, do którego powinno się wracać.
            Powitał go zapach alkoholu i spalenizny. Rzucił torbę na podłogę w przedpokoju. Zdjął buty i przeszedł do salonu. Nie zdziwił go widok ojca, który spał na kanapie. Telewizor obok grał jakiś film, odrobinę za głośno. Na podłodze leżała butelka wódki. Opróżniona.
            Hubert podniósł ją, wyłączył telewizor i poszedł do kuchni. Tam znalazł źródło zapachu spalenizny. Był nim po części spalony garnek, z czymś w środku co wyglądało jak węgiel. Zalany był wodą.
            Wpatrywał się w to i serce podeszło mu do gardła. Co tu się stało?
            – Ojciec zapomniał, że coś podgrzewa – opowiedział mu głos, dobiegający z wejścia do kuchni. – Jacek ugasił i wyszedł. Był bardzo zdenerwowany.
            Hubert spojrzał na swoją siostrę, najmłodszą z czwórki rodzeństwa. Odkąd zmarła ich mama, Alicja zawsze była jego oczkiem w głowie. Przebrana była w piżamę i trzymała w dłoni misia.
            – Gdzie poszedł?
            Wzruszyła ramionami.
            Hubert ściągnął usta.
            Jacek, jego młodszy brat, najgorzej znosił brak mamy i stoczenie się ojca. Często powstrzymywał się przed wybuchami, ale Hubert podejrzewał, że takie tłamszenie emocji tylko mu zaszkodzi. Ostatnio zaczął często wychodzić i to całkiem późno. Hubert naprawdę tego nie lubił.
            – A Kamil? – dopytał.
            – W pokoju. Uczy się. Jutro ma klasówkę z historii – odpowiedziała Alicja. Zaczęła bawić się łapką misia.
            – W porządku. – Hubert skinął głową. – Wracaj do łóżka i kładź się spać, dobrze? – poprosił. Alicja popatrzyła na niego smutno. – Ja pójdę rozejrzeć się za Jackiem.
            – Ale wrócisz, prawda? – zapytała.
            Serce Huberta prawie pękło. Bała się, że nie wróci. Że będzie miał tego dosyć. Zostałaby wtedy sama. Bez matki i ojca. A Kamil i Jacek nie potrafili się zająć domem.
            – Wrócę – obiecał. – Jak wrócę i nie będziesz spała, poczytam ci bajkę, zgoda?
            Pokiwała głową. Odprowadził ją do pokoju, który dzieliła z Jackiem. Przykrył ją, a potem zamknął drzwi. Dopilnował by żadne garnki znów nie znalazły się na palniku i wyszedł w ciemny wieczór.
            Choć już nadeszła wiosna, wieczory wciąż potrafiły nadejść szybko i być chłodne. Poprawił kurtkę i ruszył przed siebie, rozglądając się za bratem. Miał kilka pomysłów, gdzie mógłby się znajdować. Jacek ostatnio lubił się zadawać z towarzystwem, którego raczej powinno się unikać.
            Po kilkunastu minutach, zwabiony dodatkowo głośnymi śmiechami, odnalazł grupkę młodych osób i rozpoznał czuprynę brata i jego czerwoną bluzę. Wziął głębszy wdech i ruszył do młodzieży. Dopiero, gdy był kilka metrów od nich, zorientowali się, że się zbliża.
            Rozpoznał ich. Raczej trudna młodzież ze szkoły Jacka. Piwo i papierosy nie były im obce, a wcale nie był przekonany, że nie sięgali po coś mocniejszego.
            – Oooo! A któż to? Twój brat? – zapytał jeden z chłopaków. Jacek odwrócił się i zmierzył Huberta wzrokiem.
            W grupce znajdowały się dwie dziewczyny, wyraźnie zadowolone z tego, że są otoczone stadkiem napalonych chłopaków.
            – Co ty tu robisz? – zapytał Jacek.
            – Zabieram cię do domu – oznajmił znużonym tonem.
            – He, he – zaśmiał się jeden z koleżków. Hubert posłał mu spojrzenie, po którym się zamknął.
            – Jestem zajęty – stwierdził Jacek. – Możesz spadać.
            Hubert dał sobie ostatnią szansę, aby nie wybuchnąć.
            – Zbieraj się.
            – To twoja niańka, Jacuś? – zapytała blondyneczka o sztucznym uśmiechu. Hubert kiedyś w takich gustował, gdy sam był w technikum.
            – Jestem Hubert, koleżanko – odparł zmęczonym głosem.
            – Spadaj stąd! – krzyknął Jacek. – Nie wracam z tobą do domu.
            Hubert stracił cierpliwość. Ostatnią rzeczą na jaką chciał pozwolić było to, aby jego brat stoczył się do poziomu otaczających ich gnojków. Złapał Jacka za bluzę i pociągnął do siebie. Był najsilniejszy z trójki braci, a poza tym siłownia, hokej i praca na budowie, robiły swoje. Odciągnięcie Jacka od grupki, która teraz zanosiła się śmiechem było dziecinnie łatwe. Jacek próbował się wyrywać, krzyczał i bluźnił. Uspokoił się dopiero w momencie, gdy podchodzili pod dom. Wtedy udało mu się wyrwać bratu.
            – Zostaw mnie! Zwariowałeś?! – ryknął. – Nie chcę tam wracać!
            – To twój dom, Jacek.
            – Pieprzę taki dom! – ryknął. W oczach miał łzy. – Dzisiaj prawie go spalił! Chuja kładzie na mnie, na ciebie, na Alicję i Kamila. Myślisz, że przygotował Alicji coś do jedzenia? Wiesz kto ją dzisiaj odprowadził do szkoły? Ja! Myślisz, że wie, że Kamil zakuwa po nocach, aby dostawać stypendium naukowe w liceum? I jest geniuszem i ani razu ojciec go nie pochwalił? Myślisz, że wie, że pracujesz po budowach i płacisz rachunki?
            Hubert drgnął.
            – Skąd wiesz?
            – Nie jestem głupi. Śledziłem cię – warknął Jacek. Pokręcił głową. – Nie chcę tam wracać. Może spłoniemy dziś w nocy?
            – Jacek – przerwał mu Hubert, powstrzymując jakiekolwiek emocje przed wypłynięciem na jego twarz. – Wiem, że jest ciężko. Wiem to. Ale nie możesz iść łatwą drogą, aby to wszystko sobie zrekompensować.
            – To pijak!
            – To wciąż twój ojciec – przerwał mu. – Musimy sobie wzajemnie pomagać, Jacek. To jedyne, co mamy. Siebie. Ojciec już chodzi na terapię i…
            – I leży pijany na kanapie! Wiesz, co wczoraj zrobił? Nie trafił do łazienki. Wiesz kto to sprzątał? Ja! – Teraz po policzku popłynęła łza. Jacek był czerwony od emocji, prawie tak jak jego bluza.
            – Wolisz iść do domu dziecka?
            – Wolę uciec! – Złapał się za głowę i zamknął oczy. – Uciec, uciec, uciec! Daleko! I czemu ja nie mogę mieć znajomych, co? Ty łazisz wszędzie z tymi twoimi hokeistami.
            – To moja drużyna – odpowiedział. – Hokej pozwala mi przetrwać. Poza tym, ci ludzie są w porządku. Dbają o siebie. Twoi znajomi nie.
            – Gówno wiesz!
            – Jacek… Proszę. – Łamiący się głos Huberta otrzeźwił Jacka z jego furii. Obaj teraz oddychali ciężko.
            – To nie jest dom, Hubert – powiedział Jacek.
            – Nawet jeżeli tak nie uważasz, to jednak twój dach nad głową. I chcę, abyś do niego wracał.
            Jacek pokręcił głową. Spojrzał na brata, a potem poirytowany ruszył w kierunku klatki schodowej. Zniknął w jej ciemnościach, a Hubert pozwolił sobie na pozostanie na zewnątrz, aby chłód wieczora go ogarnął i wypełnił, studząc emocje. Zamknął oczy i wyciągnął z kieszeni papierosa. Zapalił go, jego dłonie drżały.
            – Mamo, pomóż mi – poprosił cicho, a dym wyleciał z jego ust, tańcząc w powietrzu. – Pomóż nam.
            Nie wiedział, czy to na skutek jego prośby, ale nagle uderzyło go objawienie. Trzymał w dłoni papierosa. Papierosa, który pomagał w rozwoju raka. Raka, który odebrał mu mamę. Jeszcze jakieś dwa tygodnie temu pił alkohol z drużyną. Pił alkohol, który powoli odbierał mu ojca.
            Odrzucił papierosa i zdeptał go. Resztę paczki wrzucił do kosza. Znienawidził się za swoją hipokryzję.
            Nigdy więcej alkoholu i papierosów.
            Nigdy.
            Wrócił do domu z zaczerwienionymi oczami.
            Ojciec dalej spał na kanapie. W pokoju, który dzielił z Kamilem wciąż paliło się światło, więc jego brat wciąż się uczył. Gdy zajrzał to pokoju Jacka i Alicji, ten pierwszy leżał na łóżku, wciąż w ubraniu. Spał albo udawał. W każdym razie nie poruszał się. Alicja za to miała otwarte oczy.
            – Był zły… – szepnęła.
            – Wiem – odpowiedział Hubert.
Usiadł na skraju jej łóżka, sięgnął po książkę i zaczął czytać obiecaną bajkę.

***

            Miłosz ten wieczór spędzał w łóżku z Kornelią. Jej współlokatorka sobie poszła, a więc mieli mieszkanie dla siebie, co zakończyło się tym, że wylądowali pod kołdrą i kochali się właśnie drugi raz. Miłoszowi nie można było powiedzieć, że miał małą wytrzymałość.
            Kornelia opadła na poduszkę i próbowała złapać oddech.
            – Okej… jeszcze drżę – oznajmiła, a Miłosz uśmiechnął się delikatnie.
            Wtuliła się w niego, delektując się jego spoconym ciałem.
            – Zawsze jesteś taki cichy? – zapytała w końcu, gdy milczał.
            Wzruszył ramionami.
            – Nie mam wiele do powiedzenia – odparł. – Po prostu delektuję się chwilą.
            Kornelia uśmiechnęła się. Odgarnęła za ucho swoje jasne włosy i przycisnęła piersi do jego boku.
            – Nie mogę uwierzyć, że umawiam się z kapitanem drużyny hokejowej – wyznała. – Czuję się jak cheerleaderka z amerykańskiego filmu.
            Miłosz roześmiał się.
            – Musiałaś oglądać słabe filmy…
            – Dupek! – Szturchnęła go. – Mam bardzo wyrafinowany gust filmowy.
            – Myślę, że mam lepszy.
            – Nawet tutaj chcesz rywalizować?
            – Lubię rywalizować – odpowiedział. – Pewnie dlatego kocham hokej.
            Kornelia przyglądała się mu, błądząc palcami po jego mięśniach.
            – Jak to się zaczęło? – zapytała zaciekawiona.
            – Jest wiele teorii – odparł. – Jedni wierzą w Wielki Wybuch, inni w Adama i Ewę…
            Znów go szturchnęła, rozbawiona.
            – Mówię o hokeju.
            Miłosz nie dał tego po sobie poznać, ale humor nieco mu się popsuł. Początki jego przygody z hokejem były pokręcone i nie lubił do nich wracać. Wiele osób zadawało mu to pytanie, więc był na nie przygotowany. W tym wypadku, okoliczności działały bardzo na jego korzyść.
            – Naprawdę chcesz słuchać nudnej historii? – zapytał, przygryzając jej ucho. – Kiedy możemy robić coś innego…
            – Kolejna runda? – zapytała zaskoczona.
            – Cóż, mecz hokeja ma trzy tercje, więc…
            – Oo… To ciekawe – odparła, gdy całował jej ciało, zjeżdżając ustami niżej. – Powinnam coś jeszcze wiedzieć o zasadach hokeja?
            – Cóż, na lodowisku może być po sześciu graczy z drużyn, ale lepiej, abyśmy nie brnęli w tę stronę.
            – Zgoda – odparła. – Ach! Miłosz…
            Zatopiła palce w jego czarnych włosach.

***

            Było już zdrowo po północy, a ja już byłem zdrowo podchmielony, gdy znów udało mi się dorwać Sonię na osobności. Tym razem zaszyliśmy się w łazience, gdzie w zamian za opisanie jak nago wygląda Jiří (mój dobry znajomy i łyżwiarz z Czech – a nago widziałem go raz i to przypadkiem), Sonia opowiedziała mi resztę historii Diamentów.

***

            Odkąd Xaver i Miłosz całowali się w sypialni rodziców Ernesta minęły prawie dwa miesiące i od tamtej pory nie rozmawiali. Wakacje spędzali osobno i Miłosz właściwie przez cały czas unikał Xavera, mimo że Diamenty spotkały się dwa razy, aby odrobinę poćwiczyć wspólnie. Przeważnie jednak Miłosz spotykał się jedynie z Ignacym, Norbertem, Aronem i Ernestem i w tym składzie grali. Dorian i Tristan często byli nieobecni.
            Xaver czasem do nich dołączał, ale wtedy Miłosz zawsze nie mógł przyjść. Xaver nie miał mu tego za złe, bo w końcu chłopak był zagubiony w swoich uczuciach. Poza tym, tak czy siak, mieli się spotkać na początku roku szkolnego i na oficjalnych treningach drużyny w liceum.
            Dlatego był bardzo zaskoczony, gdy pod koniec sierpnia ktoś zadzwonił do ich drzwi. Otworzyła Sonia, która po chwili go zawołała. W drzwiach stał Miłosz, wyraźnie zmieszany i z wysiłkiem próbując nie uciec.
            – Miłosz? – zdziwił się Xaver.
            – Cześć – odpowiedział nerwowo. – Możesz gadać?
            – Mogę. – Spojrzał na siostrę. – Spadaj.
            – Głupek – rzuciła tylko i poszła do swojego pokoju.
            Xaver pokręcił głową.
            – Wolisz tutaj czy chcesz się przejść?
            – Ja… Przejść – odparł.
            – Jasne. Tylko założę buty.
            Kilka minut później obaj już spacerowali przy bloku, milcząc. Xaver do końca nie wiedział, czego chciał Miłosz, ale uznał, że lepiej będzie, gdy to on zacznie rozmowę. Przynajmniej tak sądził na początku, ale po kilku minutach milczącego marszu, Xaver się poddał.
            – No. To co u ciebie? – zapytał w końcu.
            – Nie wiem – odparł Miłosz, panikując na dźwięk jego głosu. – Nienawidzisz mnie?
            – Co? – zdziwił się Xaver. – Uwierz mi, musiałbyś się bardziej postarać, abym ciebie znienawidzić – roześmiał się. – Nie wiem czy kiedykolwiek ci się to uda. Lubię cię.
            Miłosz wyraźnie odetchnął z ulgą. Nawet kolory wróciły na jego przystojną twarz i przestał być taki blady.
            – Bo na imprezie z okazji zakończenia roku szkolnego…
            – Pamiętam.
            Miłosz zatrzymał się. Xaver uczynił to samo. Znajdowali się w dyskretnym miejscu, zasłaniał ich stary budynek, który równie dobrze mógłby się zaraz przewrócić.
            – Posłuchaj, ja nie wiem – zaczął, a potem urwał. Xaver wpatrywał się w niego z zaciekawieniem. – Nie wiem, co jest ze mną nie tak…
            – Nic nie jest z tobą nie tak – odparł Xaver, marszcząc czoło.
            – Myślę, że siebie… odkrywam? Nie wiem. Ja… – pokręcił głową. – Nie. Przepraszam, nie zaprosiłem cię na spacer, aby rozwodzić się przed tobą ze swoimi problemami.
            Xaver milczał, chociaż chciał wtrącić, że w żaden sposób nie został zaproszony na spacer, bo sam to zaproponował, ale uznał, że może lepiej nie dzielić się tą uwagą.
            – Okej. Więc… w jakim celu zostałem tu zaproszony? – zapytał. – W tę piękną i romantyczną okolicę, tuż przy rozpadającym się budynku. Myślę, że ryzykujemy tu swoje życie…
            – Przepraszam – wyrzucił z siebie Miłosz. Na początku Xaver myślał, że chłopak przeprasza go za to, że stoją koło ruiny, ale wtedy wyciągnął z kieszeni małe opakowanie. Wręczył je Xaverowi. – Przepraszam, że byłem dupkiem i cię wykorzystałem.
            Xaver parsknął śmiechem.
            – Co? Nie wykorzystałeś mnie, Miłosz – roześmiał się. – Naprawdę tak o tym myślałeś?
            – Ja… – odchrząknął. – Całowaliśmy się i potem poszedłem, więc może…
            – Jesteś taki szlachetny – westchnął. – Ale uwierz mi, gdybym nie chciał się z tobą całować, nie całowałbym się z tobą. To tyle. Nie musiałeś się stresować ani nawet mi nic kupować…
            Miłosz wyglądał teraz na odrobinę zakłopotanego. Wstyd objawił się na jego policzkach jako czerwone plamy.
            – Myślałem, że…
            – Okej, następnym razem sugeruję po prostu pogadać – powiedział.
            Mimo wszystko Xaver z ciekawością otworzył prezent. Na jego dłonie wysunął się mały, srebrny medalik na rzemyku. Sam medalik przedstawiał dwa kije hokejowe, które tworzyły „X”. Zamysł prosty, ale bardzo trafiony.
            – Wow. To jest ekstra! Dzięki. Mogę cię ucałować?
            Miłosz zrobił wielkie oczy, a Xaver się tego przestraszył.
            – Żartowałem! Żartowałem! – powiedział szybko. – Przepraszam. Dziękuję. Naprawdę super. Będę go nosił – obiecał, a na dowód swych słów od razu zawiesił medalik na szyi.
            – To na szczęście. Abyś został jednym z Diamentów – wyjaśnił. Błękitne oczy obserwowały Xavera i srebrny medalik na jego piersi. Rzemyk bardzo ładnie wyglądał na widocznych i bladych obojczykach chłopaka. – Wiem, że o tym marzysz. Spróbuję ci pomóc. To nasz ostatni rok w szkole, ktoś będzie musiał przejąć po nas stery.
            – Weź, nie dołuj mnie! – jęknął Xaver. – To ostatni rok z Diamentami…
            – Jeszcze będziemy grać. Spokojnie. Mamy rok.
            – Rok – przyznał Xaver. – To prawda.

Troye Sivan - YOUTH
            We wrześniu Miłosz i Xaver wrócili do szkoły już pogodzeni i jako przyjaciele. Ich pocałunek nie poszedł jednak w niepamięć, bo Miłosz często do niego wracał w myślach. Potem jednak, gdy tylko usłyszał opinie kolegów na temat homoseksualizmu, znów zamykał się w sobie i zaczął umawiać się z jakąś dziewczyną, którą podesłał mu Aron. Może nie tyle, co podesłał, co raczej ich umówił. I znów, dziewczyna była fajna i miła, raczej atrakcyjna, ale nie czuł tej samej chemii, gdy wracał wspomnieniami do pocałunku z Xaverem. A ponieważ myślał o Xaverze, gdy całował się z dziewczynami, szybko z nimi zrywał, bo czuł palące wyrzuty sumienia.
            Oczywiście drużyna nie chciała słuchać o tym, że po prostu nie dopasowali się z dziewczyną. Raczej woleli tworzyć historię, w której jest prawdziwym macho, który zalicza i porzuca. Szczerze to Miłosz uprawiał seks raz, więc nie była to prawda, ale plotki w szkole rządziły się swoimi prawami.
            Xaver za to nie wyglądał na szczególnie poruszonego tym, gdy reszta drużyna nabijała się z gejów i mówiła o nich per „pedały”. W okolicach świąt Bożego Narodzenia Miłosz zapytał się przyjaciela jak na to reaguje. Odpowiedział:
            – No nie jest to przyjemne, ale wiem, że gdy im powiem prawdę, nie będą na mnie patrzeć źle, ale przez pryzmat hokeja i naszej znajomości – oznajmił pewnie. – Jesteśmy drużyną. A poza tym, mam po swojej stronie szczęście – przypomniał i wyjął spod koszulki naszyjnik z „X”.
            Miłosz podziwiał jego pewność siebie.
            Na imprezie bożonarodzeniowej znów się całowali. Impreza znów się odbyła w domku rodziców Ernesta i tym razem, obaj zaszyli się w dyskretnym miejscu. Xaver wyciągnął wtedy zza pleców jemiołę i musiał stanąć na palcach, aby móc ją umieścić na głową Miłosza.
            – No proszę, co za niespodzianka! – stwierdził.
            – Nie spodziewałem się – przyznał Miłosz.
            Całowali się zdecydowanie bardziej pewnie niż pół roku wcześniej. Skryci na strychu, gdzie nikogo nie było, pozwolili sobie na kilkanaście minut takich przyjemności, po czym uznali, że ich zniknięcie może być podejrzane.
            Miłosz czuł coś dziwnego w klatce piersiowej, gdy całował Xavera – swojego przyjaciela, swojego współzawodnika. Ciepło rozlewało się po sercu i płucach, aż docierało do żołądka, które ściskało.
            – Jezu – szepnął Xaver, gdy skończyli się całować, ale wciąż zostawali w swoich objęciach. – Lubię cię, Miłosz. Chyba nie ma co dłużej tego ukrywać.
            – Ja ciebie też lubię – odpowiedział Miłosz. – Ale…
            – Wiem, wiem. Spokojnie. Nie będę cię poganiał. – Pocałował go jeszcze raz. – Dobrze, wrócę na dół jako pierwszy. Ty dopiero po pięciu minutach, okej? Wtedy będzie mniej podejrzane.
            – Jasne. I… Dzięki.
            – Jesteś uroczy jak na takiego wielkiego chłopaka – zaśmiał się. Pozwolił sobie na jeszcze jeden pocałunek i dopiero wtedy opuścił strych. Miłosz odczekał kilka minut i wrócił na dół, gdzie odbywała się impreza. Xaver stał w kuchni rozmawiał z Aronem jakby nigdy nic. Choć było to nieco bolesne, to konieczne.
            Miłosz nie chciał, aby ktokolwiek wiedział.
            Oczywiście było to ekscytujące, takie ukrywanie się, zwłaszcza, że ich przeciwnikiem był Tristan. On właściwie wszystko wiedział i jasne było, że meldował o wszystkim kapitanowi Dorianowi, więc zachowanie przed nim tajemnicy było wyzwaniem.
            Wyzwaniem, którego Miłosz chciał się podjąć.
            Od momentu imprezy bożonarodzeniowej Miłosz przestał udawać, że niczego nie czuje do Xavera. Przynajmniej przed samym sobą, bo jego rodzina i przyjaciele nie wiedzieli. Najważniejsze, że Xaver wiedział i odwzajemniał zainteresowanie.
            Zaczęli się spotykać codziennie. Pod pretekstem treningu, wyjścia na pizzę, na siłownię, na basen lub po prostu, aby się spotkać i pograć na konsoli. Gdy zamykali się za drzwiami, zaczynali się całować. Każda możliwość, by się spotkać wydawała się bardzo cenna.
            Miłosz nie wiedział, czy był w związku czy nie, ale spotykanie się z chłopakiem wydawało się fascynujące.
            Ich pierwszy intymny kontakt miał miejsce na studniówce. Xaverowi, mimo, że był o rok młodszy, udało się wkręcić na studniówkę i zaprezentował się w garniturze, sprawiając, że Miłosz jedynie chciał go z niego ściągnąć. Musiał się jednak zachowywać, bo cała drużyna patrzyła. Miłosz przyszedł solo, tłumacząc się, że ostatnie zerwanie wciąż w nim tkwiło, a drużyna jakoś to kupiła. Natomiast Xaver był randką starszej o rok dziewczyny z klasy Arona, który zasadniczo ich zeswatał na tę zabawę.
            Dopiero po oficjalnej części zawierającej przemówienie dyrektora, poloneza i walca, Miłosz mógł spotkać się z Xaverem. Spotkali się na najwyższym piętrze szkoły, niedaleko klasy od biologii. Ponieważ piętra były wyłączone z użytku właściwie nikogo tutaj nie było. Zabawa miała odbywać się jedynie na parterze.
            – Mam klucz do klasy – powiedział Xaver.
            – Co? – zapytał Miłosz. – Jak to?
            – Wiesz, że dobrze żyję z paniami woźnymi. – Wzruszył ramionami. – Wziąłem klucz, abyśmy mieli trochę więcej prywatności. Na korytarzu ktoś może się pojawić.
            – Genialne.
            – No wiem.
            Po minucie już byli w klasie, w której na co dzień uczyli się o historii. Zamknęli za sobą drzwi na klucz. Na ścianach wisiały mapy z różnych okresów historycznych i portrety polskich królów, którzy teraz, czy tego chcieli czy nie, musieli patrzeć jak dwóch chłopaków zaczyna całować się w klasie. Wpadli na ławkę, prawie zrzucili krzesła.
            – Przepraszam, że tak długo musiałeś czekać – powiedział Xaver między pocałunkami. – Ta dziewczyna nie dawała mi spokoju. Chciała się ze mną całować, więc powiedziałem, że muszę iść do kibla.
            – I nie będzie cię tak długo?
            Wzruszył ramionami.
            – Powiem, że stawiałem wielkiego klocka.
            – Ble – mruknął Miłosz i odsunął się od Xavera. Nawet w tym półmroku dostrzegł jego wyszczerzone zęby.
            – No co? To będzie wiarygodne. Poza tym, da mi dzięki temu spokój. – Odparł i przybliżył się do Miłosza. Jego dłoń wylądowała na spodniach, a Miłosz podskoczył. – Co?
            – N-Nie spodziewałem się.
            – Żartujesz? – zapytał i masował dłonią jego krocze. Przez materiał garnituru wyczuł męskość Miłosza. – Jak cię widzę w szatni albo na basenie… Wariuję.
            Dotyk Xavera był czymś kompletnie nowym, ale pozwolił na to. Chciał tego. Pocałował Xavera, gdy dłoń chłopaka znalazła rozporek. Chwilę mocował się jeszcze z paskiem.
            – Mm… Czerwone bokserki – stwierdził Xaver, wpatrując się w wybrzuszenie, które właściwie wyskoczyło ze spodni.
            – Przynosi szczęście… Kolor, w sensie.
            – No ja jestem w tym momencie szczęściarzem – oznajmił Xaver. Jego dłoń wsunęła się pod bokserki, a Miłosz wstrzymał na chwilę oddech. Gdy poczuł ciepło dłoni chłopaka na swojej męskości, wypuścił powietrze z ust. Ręka pieściła go, a Miłosz oparł się o ławkę. Z otwartymi ustami spojrzał na Xavera, który odpowiedział spojrzeniem, z równym pożądaniem. Pocałowali się namiętnie, intensywnie. Spodnie zsunęły się do kostek Miłosza, z brzdękiem paska.
            – Chcesz więcej? – zapytał Xaver. Cicho. Szeptem. Miłosz prawie go nie usłyszał.
            Przełknął ślinę.
            – Chcę…
            Bokserki dołączyły do spodni. Xaver pocałował Miłosza jeszcze raz, a potem uklęknął, wprawiając Miłosza w ekstazę.
            Kilkanaście minut później Miłosz wrócił na dół, wciąż będąc w lekkim szoku po tym, co się przed chwilą stało. Muzyka do niego nie docierała, szedł korytarzem całkowicie zamyślony. Miał wciąż wypieki na policzkach.
            Po wszystkim, Xaver i Miłosz wymknęli się osobno z klasy, aby nikt ich nie złapał. Zwłaszcza, że przed chwilą robili w klasie rzeczy, których uczniowie w szkole robić nie powinni. Nie uprawiali seksu, ale zadowolili się w inny sposób. I Miłosz kochał każdą sekundę tego, co się wydarzyło między nimi.
            – Miłosz.
            Drgnął. Zdał sobie sprawę, że właściwie kogoś potrącił. Obrócił się i dostrzegł Tristana, przyglądającego mu się czujnie.
            – Och, Tristan. Sorry, nie zauważyłem cię – powiedział szczerze.
            – Tak, wiem – odparł. Czasem Tristan go denerwował, bo często traktował swoich współzawodników jak idiotów, ale na szczęście Miłosz był cierpliwy. – Gdzie byłeś?
            Miłosz wyczuł zagrożenie. Oczywiście, że Tristan węszył. On zawsze chciał wszystko wiedzieć. Niewiedza go bardzo irytowała. Miłosz naprawdę się zdziwił (zresztą razem z resztą drużyny), że Tristan nie wziął na studniówki książki jako swoją randkę.
            To nie tak, że ktoś miał do Tristana pretensje o to, że dużo czyta. Jego wiedza i inteligencja były zaskakujące, a nawet imponujące. Jeżeli ktoś miał perfekcyjnie zdać matury w tym roku, to właśnie Tristan. Jednak Tristan lubił wpaść do czyjegoś życia, aby tylko się wszystkiego dowiedzieć. Xaver uważał, że wszelkie informacje donosił kapitanowi, ale kapitan nie wyglądał na kogoś, kto interesuje się życiem drużyny poza hokejem.
            – Byłem się przejść – odpowiedział w końcu Miłosz.
            – Przejść – powtórzył i przejechał po nim wzrokiem. – To wymagało tego, że zmieniłeś pasek?
            Na początku Miłosz nie wiedział o co chodzi, ale spojrzał w dół. Zorientował się, że w ciemnościach jakie panowały w klasie musieli z Xaverem pomylić paski od spodni, gdy się ubierali. To naprawdę nie było coś, o czym myślał w tamtym momencie, a szczerze mówiąc, nawet nie zauważył, że wziął pasek Xavera.
            Tristan mu to jednak uświadomił, wwiercając w niego swój wzrok.
            Kolor. Pasek Xavera był brązowy. Jego był czarny.
            – Musiałeś się pomylić – odparł Miłosz, lekko nerwowym tonem, chociaż próbował tego po sobie nie poddać. Tylko ktoś taki jak Tristan mógł się dopatrzyć takiego szczegółu.
            – Ja? Pomylić? – Tristan odebrał to jako świetny żart.
            Boże, co za dupek.
            – Widziałeś może gdzieś Xavera? – zapytał w końcu, bo Miłosz milczał. To pytanie na pewno coś zdradziło, bo oczy Tristana błysnęły. – Chciał się ze mną zobaczyć.
            – Nie, nie widziałem go – odparł Miłosz.
            – Och. – Uniósł brew. – Szkoda. No nic, baw się dobrze, Miłosz. Póki możesz – dodał na odchodne.
            Następnie ruszył dalej korytarzem i zniknął wśród innych głośnych uczniów.
            Miłosz zaczął głośniej oddychać i chyba miał swój pierwszy w życiu atak paniki. Pognał do łazienki i zamknął się w jednej z kabin. Próbował złapać oddech, więc poluzował krawat.
            Tristan wiedział.
            Wiedział!
            Gdy rozległo się pukanie do drzwi, podskoczył.
            – Miłosz? – Usłyszał głos Xavera. Nie wiedział, czy odpowiedzieć. – Miłosz. – Zapukał ponownie. – Rzygasz?
            Miłosz otworzył drzwi i wciągnął do środka Xavera.
            – Jezu, człowieku, co ci jest? Jesteś cały blady!
            – Tristan – szepnął. – Tristan wie.
            Xaver zmarszczył czoło.
            – Wie? Co wie? On wiele rzeczy wie.
            – O… – Urwał. Wskazał na siebie i na chłopaka. Xaver uniósł wysoko brwi.
            – Jesteś pewien? – zapytał szeptem.
            Opowiedział pokrótce o co chodzi. Xaver przeczesał włosy.
            Ktoś załomotał w drzwi.
            – Ej! Całujecie się tam?!
            – Daj spokój! – odkrzyknął Xaver. – Kolega źle się poczuł, dobrze? – Po czym spojrzał na Miłosza i dodał szeptem – Udawaj, że rzygasz.
            – Co? – zapytał prawie bezgłośnie.
            – Udawaj. Że. Rzygasz.
            Miłosz wydał z siebie dziwny odgłos udając, że rzeczywiście wymiotuje. Xaver pokręcił głową, ale najwidoczniej Miłosz nie potrafił lepiej udawać. Musiało im to wystarczyć na jakiś czas.
            – Pierdolone paski – warknął Xaver. – Naprawdę dostrzegł taki detal?
            – Niestety. Ale mogliśmy się tego spodziewać. On ma jakieś trzecie oko.
            – Spokojnie, bez paniki. Nie ma żadnych dowodów – oznajmił Xaver. – Nie panikuj. Obracaj jego słowa w żart. Nikt nie musi wiedzieć…
            – Jasne – powiedział. – Jasne. Masz rację. Zachowałem się głupio.
            – Masz dużo stresu – przyznał. – Ale spokojnie. Uda nam się.
            Xaver ujął jego dłoń. I był to całkiem romantyczny gest, mimo że byli w ciasnej kabinie w toalecie obok klozetu.
            – Dziękuję.
            Xaver pocałował jego dłoń.
            – Dobrze. A teraz stąd wychodzimy. I pamiętaj, przed chwilą rzygałeś.
            – Jasne.
            Opuścili toaletę. Miłosz wspierał się na Xaverze, udając, że rzeczywiście przesadził z alkoholem.
            Kolejny miesiąc był odrobinę stresujący, zwłaszcza, że Miłosz właściwie czuł na sobie wzrok Tristana, ale za radą Xavera, obracał wszelkie komentarze Tristana w żart, dzięki czemu i drużyna zaczynała się śmiać. Nawet kapitan Dorian łapał się na tym, że uśmiechał się pod nosem.
            Natomiast Xaver coraz częściej zaczął poruszać kontrowersyjne tematy, aby wybadać prawdziwy stosunek kolegów z drużyny do homoseksualizmu. Zasadniczo Ernest, Norbert i Ignacy odpowiedzieli, że nigdy się tak szczerze nad tym nie zastanawiali, ale nie czuliby się jakoś źle, gdyby ktoś z ich bliskich okazał się homoseksualny. Najgorzej zareagował Aron, który od razu skreślił kogoś takiego z listy znajomych.
            Tristan najwidoczniej też nie miał nic przeciwko, ku zdziwieniu Xavera i Miłosza. Oznajmił jedynie, że nie widzi w tym nic złego, więc to był odrobinę mylące z jego zachowaniem ze studniówki.
            Rozpoczęły się ferie zimowe, a więc Xaver i Miłosz mieli zamiar spędzić ze sobą dużo czasu, zwłaszcza, że ich rodzice normalnie chodzili do pracy, więc mieli mieszkania dla siebie (nie licząc młodszych sióstr, ale te często miały plany ze znajomymi).
            W ferie zimowe odkrywali wzajemnie piękno swoich ciał. To nie było to samo, co zerkanie na siebie w szatni lub pod prysznicem. To było kompletne poznanie, pieszczoty i eksploracja nowych, nieznanych rejonów.
            Przeżywanie ich pierwszego razu było niesamowite. Miłosz zatracił się w tym kompletnie i pragnął więcej. Kolejne ich spotkania kończyły się tym, że byli rozebrani i w łóżku. Kochali się. Chcieli. Xaver tak bardzo kochał ciało Miłosza, że czasami nie mógł znieść myśli, że nie może z nim spędzić więcej czasu. Jego ciemne włosy, delikatnie zakręcone, jego tors, biceps, szyja, łydki… Piękno Miłosza było przytłaczające. I mógł je poznawać przez całe ferie, gdy Miłosz był w nim i czuł jego ruchy.
            Ostatniego dnia ferii, gdy Miłosz spędzał wieczór przed telewizorem z rodziną, oglądając rywalizujących ze sobą celebrytów, dostał telefon od Doriana, nalegającego na spotkanie. Bojąc się, że wydarzyło się coś złego, Miłosz ubrał się i ruszył na lodowisko, na którym czekał Dorian.
            Nie spodziewał się, że to może być pułapka. W końcu to była jego kapitan. Ufał mu.
            Dorian czekał na niego na trybunach, ale towarzyszyła mu reszta Diamentów.
            Lodowisko już było zamknięte, ale trybuny bardzo często były otwarte po godzinach. Ochroniarze już ich znali. Miłosz zrobił niepewnie kilka kroków i zatrzymał się przy milczącej reszcie.
            – Dobry wieczór, Miłosz – przywitał go Dorian. Kapitan wyglądał poważnie i opierał się o barierkę. – Usiądź, proszę.
            Diamenty rozsiadły się w różnych rzędach, ale w miarę blisko siebie, by dokładnie słyszeć kapitana.
            – O co chodzi? – zapytał Miłosz. Nie usiadł. – Co się dzieje?
            – Chciałem się z wami wszystkimi spotkać. – Dorian wciąż mówił poważnym, rzeczowym tonem. Miłoszowi bardzo się to nie podobało. Zerknął na Tristana, który znajdował się najbliżej kapitana, ale wpatrywał się w lodowisko takim wzrokiem, jakby już się nudził.
            - My też nie wiemy, o co chodzi, Miłoś – rzucił Aron, wzruszając ramionami. – Czekaliśmy na ciebie.
            – Usiądź, proszę – naciskał kapitan. Miłosz skinął głową i wykonał polecenie. Ciężko było nie słuchać kapitana. On zawsze miał siłę w swojej mowie. – Moje Diamenty – zwrócił się do nich głośno, a głos rozniósł się echem. – Wiem, że zakłóciłem wam wieczór, ale chcę z wami pomówić, jako że jesteście najlepszymi graczami w drużynie. A konkretnie, chodzi o naszego kandydata do Diamentów.
            Serce Miłosza zabiło.
            – Xaver? – Ernest uniósł brew. – Naprawdę? Zebrałeś nas, aby pogadać o nim?
            – Tak, zebrałem was, aby pogadać o nim – oznajmił spokojnie. – Wierzę, że nie podważasz mojej decyzji?
            Ernest wzruszył ramionami.
            – Nie. Raczej nie.
            – Doskonale. – Dorian jeszcze przez jakiś czas wpatrywał się w Ernesta swoimi prawie fioletowymi oczami. – Xaver jest doskonałym graczem. Wiecie o tym wszyscy. Czasem porywczym, to prawda, ale na szczęście w hokeju niektóre przejawy brutalności potrafią ujść płazem. Jak też zapewne wiecie, Xaver bardzo chce zostać częścią Diamentów. Możliwe, że myśli o sobie jak o… ósmym cudzie, jeżeli mogę to tak nazwać. To jest również nasz ostatni rok w liceum i wydaję mi się, że powinniśmy powoli zacząć wybierać naszych następców do pierwszego składu oraz kapitana. – Rozejrzał się po wszystkich w ciszy. – Do niedawna widziałem w tej roli właśnie Xavera, ale przez pewne okoliczności, postanowiłem przemyśleć swoją decyzję. A ponieważ jesteście Diamentami, postanowiłem z wami to przedyskutować. – Zamknął na chwilę oczy, jakby się zastanawiał, co dalej powiedzieć. Miłosz jednak wiedział, że kapitan swoje przemowy miał przygotowane. – Xaver jest inny.
            Teraz Miłosz prawie spadł z siedzenia. Spojrzał na Tristana, który wciąż wpatrywał się w lodowisko, teraz już prawie przysypiając.
            – Inny? – zapytał Norbert. – Każdy z nas jest inny.
            – Xaver jest gejem – powiedział niecierpliwie Tristan. – O to chodzi, prawda?
            Słowo „gej” zawisło na początku w ciszy. Dorian skinął głową.
            – Bez jaj! – wykrzyknął Aron. – Co? Pedał?! Bez jaj! Jakaś masakra!
            Miłosza zabolało to słowo. Zabolało go także to, że Dorian nie poprawił Arona za określenie jakiego użył, a przeważnie wszystkich pilnował przed złym słownictwem.
            – Gej nie może być kapitanem drużyny – oznajmił Tristan. – To by zepsuło reputację, na którą tak ciężko pracowaliśmy.
            – Tak. Pozostaje pytanie, czy powinniśmy również pozwolić mu grać dalej – kontynuował Dorian. – Taki gracz wśród naszej drużyny to zagrożenie dla nas wszystkich. Stracimy ogładę i reputację, jak zresztą Tris słusznie zauważył. Hokej jest najważniejszy.
            – Nooo… poszlibyśmy na dno – przyznał cicho Norbert. – Zadawanie się z kimś takim sprawi, że i inni pomyślą tak o nas.
            – Nie chcę być brany za pedzia – oburzył się Aron.
            – Nikt z nas nie chce, bo nikt z nas nie jest – stwierdził pewnie Ernest.
            – Ale… jeżeli go wyrzucimy z drużyny to stracimy naprawdę dobrego zawodnika – zauważył trzeźwo Ignacy. – Stać nas na to?
            – Diamenty zawsze dadzą sobie radę – stwierdził Dorian.
            – Taaaak, ale… – Urwał pod naciskiem spojrzenia kapitana. – Nie wiem czy to rozsądne.
            – Nierozsądne będzie dalsze zadawanie się z nim – oznajmił Aron. – Co sobie inni pomyślą?
            – Od kiedy obchodzą cię „inni”? – zapytał Ignacy. – Poza tym, Xaver nie obnosi się z tym, prawda? Nie wygląda na… geja.
            – Na pewno? Teraz jak się nad tym zastanowić, to cały czas jakiś taki przegięty był – stwierdził uparcie Aron. – Ja jestem na nie. Wywalamy pedała i tyle.
            – Miłoszu. – Dorian zwrócił się bezpośrednio do niego. Miłosz właściwie podskoczył. Miał wrażenie, że brakuje mu tchu, gdy wszyscy spojrzeli na niego. – Milczysz. Może podzielisz się swoim zdaniem?
            – Ja… – Urwał.
            – Śmiało – zachęcił go Dorian. – Zawsze ceniłem sobie twoje opinie Miłoszu. Twój dziadek, Edward Hinc, a także ojciec, Grzegorz Hinc, to już właściwie legendy w świecie hokeja – powiedział to z uznaniem. – Można powiedzieć, że u was to już talent płynie we krwi. Zawsze się cieszyłem, że mogłem z tobą grać, bo kto jak kto, ale ty na pewno wiesz jak ważny jest hokej, jedność w drużynie i reputacja, którą musisz przecież przekazać dalej. Muszę przyznać, że czasem ci zazdroszczę takiego rodowodu, drogi Miłoszu.
            Te wszystkie słowa trafiały w serce Miłosza jak sztylety. Rozrywały je, wypuszczając na świat wszystkie obawy i strach o jakich zdążył zapomnieć, gdy spotykał się przez ostatnich kilkanaście tygodni z Xaverem. Teraz jednak poczuł się jakby ktoś wylał na niego kubeł zimnej wody. Spadł z nieba, gdzie dane mu było marzyć i uderzył o ziemię.
            Jaki to byłby wstyd, gdyby ktokolwiek się dowiedział. Gdyby jego rodzice się dowiedzieli. Znał ich poglądy. Wiedział jak zareagują.
            Rodzina zawsze była dla niego wszystkim. Talent, który posiadał, był pielęgnowany już od dziecka. Nie mógł zawieść rodziców, którzy tyle w niego zainwestowali. Treningi, mecze…
            Nie mógł… bał się tego stracić.
            Po prostu bał.
            Strach.
            – Xaver… powinien… – urwał. – Odejść.
            Ostatnie słowo było gorzkie, aż miał wrażenie, że zaraz naprawdę zwymiotuje.
            Dorian uśmiechnął się. Miłosz miał wrażenie, że triumfalnie.
            – Jestem tego samego zdania – powiedział Dorian. – Hokej to sport dla mężczyzn, a nie dla tych, którzy się za nich podają ze swoimi chorymi dewiacjami. Jutro spotkamy się z Xaverem. Dziękuję bardzo za wasze opinie. Możecie się rozejść. Poza tobą, Tris. Chcę, abyś na chwilę został.
            Miłosz zebrał się powoli do wyjścia. Nie pamiętał jak wrócił do domu.
            Następnego dnia wstał kompletnie niewyspany, bo prawie przez całą noc nie spał. Nie wiedział, czy napisać do Xavera, czy nie. Ostrzec go, czy nie. Nie wiedział. Strach go paraliżował i sprawiał, że nie mógł racjonalnie myśleć.
            Prawie zapomniał, że dzisiaj obchodził urodziny. Mimo, że rodzice i siostra złożyli mu rano życzenia, nie poczuł się lepiej. W żołądku miał supeł. Poszedł do szkoły, czując się jakby zaraz miał się rozchorować. Tego dnia nie biegł. Pojechał autobusem.
            Gdy wszedł do szatni, aby się przebrać z zimowej kurtki i butów, ktoś go szybko wciągnął pod schody. Zaskoczony tym, prawie krzyknął.

SYML - Where's My Love
            – Wszystkiego najlepszego – powiedział szybko Xaver, uśmiechając się wesoło. – Gratuluję, masz już dziewiętnaście wiosen.
            – Xaver, ja…
            – Nic nie mów – poprosił. – Mam dla ciebie cały dzień zaplanowany, jeżeli tylko przetrwamy lekcje i trening – dodał. – Zasadniczo masz urodziny w Walentynki, więc to było dla mnie podwójne wyzwanie, ale jestem pewien, że ci się spodoba. Dobra. – Mrugnął do niego. – Lecę. Trzymaj się.
            Uścisnął go mocno i wybiegł z szatni. Miłosz miał ochotę się rozpłakać.
            Lekcje upłynęły tak szybko jak nigdy i ledwo się obejrzał, a szedł na trening hokeja. Dorian poinformował wszystkich z drużyny, poza Xaverem, że trening został odwołany. Diamenty miały zamiar go osaczyć.
            Nie chciał tego. Nie chciał tam być. Wolał uciec.
            Przez krótki moment miał nadzieję, że nikogo nie będzie, że wszyscy się rozmyślili. Ale Diamenty już czekały na trybunach. Tak jak wczoraj wieczorem.
            Dorian skinął na niego głową.
            – Jesteś, Miłoszu. Cieszę się.
            Ledwo to powiedział, a na trybunach pojawił się Xaver. Wszedł na nie zadowolony i podśpiewując pod nosem.
            – Co takie ponure miny? – zapytał dziarsko. – Umarł ktoś?
            Aron prychnął. Xaver zmarszczył czoło, zaskoczony tą reakcją.
            Ponieważ wszyscy wpatrywali się w Xavera, on sam zamarł i popatrzył po wszystkich.
            – Dobra, co się dzieje? – zapytał. – Naprawdę ktoś umarł?
            – Xaverze, dzisiejszy trening jest odwołany – oznajmił Dorian.
            – To źle? – zdziwił się. – Mamy więcej czasu, aby nic nie robić.
            – Niemniej, chcieliśmy się z tobą spotkać – poinformował. – Jest pewna kwestia, którą musimy sobie wyjaśnić.
            Xaver teraz stał się czujniejszy. Ton głosu Doriana go zaniepokoił. Próbował wyłowić wzrok Miłosza, poszukać wsparcia, ale Miłosz wpatrywał się w swoje stopy. Drżał.
            – Xaverze, obawiam się, że jesteśmy zmuszeni wyrzucić cię z drużyny – poinformował Dorian poważnym tonem.
            Xaver przez moment stał w miejscu. Torba wyleciała mu z dłoni, a kij zsunął się przez kilka stopni, aż zatrzymał się na jednym z krzeseł.
            Próbował coś powiedzieć, ale dźwięk mu ginął w gardle. W oczach pojawiły się łzy.
            – T-To żart, co? He, he… Zabawne, ale…
            – Nie żartuję – przerwał mu chłodno Dorian. – Xaverze, od dzisiaj nie jesteś częścią drużyny. Weź swoje rzeczy i nie wracaj na treningi.
            – Chyba, kurwa, żartujesz! – ryknął. – Co?! Za co?!
            – Nie podnoś na mnie głosu, Xaver – warknął Dorian. – Wspólnie zadecydowaliśmy, że nie możesz dalej z nami grać.
            – Wspólnie – powtórzył cicho. Jego wzrok padł na Miłosza. Wciąż wpatrywał się w swoje stopy. – Wspólnie?! – ryknął, chcąc, aby Miłosz na niego spojrzał.
            – Kapitan prosił, abyś nie krzyczał – upomniał go Tristan. – Postarajmy się to załatwić polubownie.
            – Polubownie? – powtórzył kpiąco. – A cóż jest powodem tego, że nie mogę grać z wielkimi talentami? Co takiego zrobiłem, że diamenciki chcą się mnie pozbyć?
            – Odpowiedź jest prosta – odparł Dorian. – Gustujesz w mężczyznach.
            Xaver zrobił wielkie oczy. Wpatrywał się w kapitana.
            – Żartujesz chyba. Ty gnido!
            – Nie mów tak do kapitana! – krzyknął Aron, wstając ze swojego miejsca. – Nie dorastasz mu do pięt, pedale.
            – O to chodzi? – zapytał piskliwym głosem. – O to wam chodzi?! A od kiedy, kutasy, zaglądacie mi do łóżka, co?
            – Xaverze, doceniamy twój talent – oznajmił Dorian. – Niemniej, twoja obecność i twoje preferencje nie pasują do naszego image’u. Powinieneś odejść.
            Xaver jeszcze raz spojrzał na Miłosza, próbując znaleźć od niego jakikolwiek ratunek. Chciał wykrzyczeć im wszystkim, co robił z Miłoszem, jak jeszcze dwa dni temu kochał się z nim w jego łóżku. Chciał.
            Ale nie mógł. Nie potrafił. Nie wiedział dlaczego.
            Nie chciał skrzywdzić Miłosza.
            Drżącymi dłońmi zebrał swoją torbę i kij. Popatrzył jeszcze raz po całej siódemce i w jego oczach zapaliła się najstraszliwsza nienawiść, na jaką mogli sobie zasłużyć. Od tego momentu obiecał sobie, że każdego z nich będzie niszczyć. Każdego. Bez wyjątku.
            – Ja nie wybaczam. I nie zapominam – oznajmił na odchodne głosem drżącym od złości. Kierował te słowa tylko do jednej osoby, ale ta osoba nawet na niego nie spojrzała.
            Xaver opuścił lodowisko.
            – No. Cieszę się, że mamy to za sobą. – Dorian popatrzył po reszcie. – Dziękuję za wasze wsparcie. Trening w środę. Możecie się rozejść.
            Miłosz nie poruszył się. Stał tak podczas, gdy reszta szła do wyjścia. Nie mógł oddychać. Miał ochotę płakać. Miał ochotę rzucić się w pogoń za Xaverem i prosić go. Nawet  błagać, aby mu wybaczył.
            Podniósł wzrok i drgnął, bo zorientował się, że nie wszyscy opuścili trybuny. Kilka rzędów wyżej stał Tristan i przyglądał się mu.
            – Ty draniu – powiedział Miłosz, drżącym głosem. – Ty draniu. To twoja wina. To ty!
            Tristan milczał przez jakiś czas.
            – Albo ty albo on. Wybrałem mniejsze zło – oznajmił powoli, spokojnym tonem. – Powinieneś być mi wdzięczny. Zachowałeś przyzwoitość i twoja rodzina nie wyrzuci cię na bruk. No i, dla ciebie, po raz pierwszy okłamałem Doriana. Jesteś więcej wart niż Xaver.
            – Mam ochotę cię zamordować.
            – Obaj wiemy, że tego nie zrobisz, więc przestań dramatyzować. – Tristan westchnął. – Zobaczysz, tak będzie lepiej. Jeszcze mi podziękujesz. To nie przez ciebie dowiedziałem się o Xaverze, choć wasze studniówkowe zabawy mnie utwierdziły w przekonaniu.
            Po czym odwrócił się i odszedł. Miłosz miał ochotę rzucić się za nim i go porządnie uderzyć. Ale zamiast tego, stał tak samotnie na lodowisku, aż z oczu popłynęły mu łzy.
            Miłosz zapamiętał swoje urodziny i Walentynki za najgorszy dzień w swoim życiu. Wrócił do domu i zamknął się w swoim pokoju. Płakał właściwie przez cały czas. Próbował zadzwonić do Xavera, wysłał mu kilkadziesiąt wiadomości, ale nie dostał odpowiedzi. Przepraszał, prosił, ale nic to nie dało. Xaver nie odezwał się ani słowem.
            Wieczorem, przez cały ten stres, Miłosz zwymiotował, wiedząc, że zasługuje na to wszystko.
            Wyparł się Xavera wtedy, gdy go najbardziej potrzebował. Był gnidą. Był śmieciem.
            Nienawidził siebie tak bardzo, że zapragnął się siebie pozbyć.
            Jeszcze tego samego dnia jego wyrzuty sumienia zapędziły go do szpitala. Nie kojarzył tych chwil, bo mieszanka leków i wódki skradzionych z domowej apteczki i barku ojca, doprowadziły do tego, że stracił przytomność.
            Pamiętał tylko ból i moment, w którym ból zniknął, a wraz z nim cała świadomość.
            Gdy się przebudził, wszystko wróciło. Jednak nie mógł zapomnieć widoku płaczącej mamy, histerii ojca i łez siostry. Wszyscy byli przy jego łóżku. Wszyscy czekali aż się obudzi.
            Próba samobójcza.
            Następnie wracał do siebie, nie chodził do szkoły i prawdopodobnie nie miał wrócić, aż do matur. Miał się uczyć w domu, pod opieką rodziców i psychologów. Co dwa dni chodził na sesje do psychiatry, która rozmawiała z nim o tym, co się wydarzyło. Nawet wtedy bał się powiedzieć, co się tak naprawdę wydarzyło. Choć wiedział, że chce mu pomóc, niewiele mówił. Zrzucił wszystko na hokej.
            Tak. Presja hokejowa. Dużo się od niego oczekiwało.
            To była dobra wymówka. Wszyscy mogli w nią uwierzyć. Co prawda uderzała w jego rodziców, ale wolał to niż powiedzieć o Xaverze.
            Xaver krążył po jego myślach, ale nie miał odwagi się odezwać. Sam Xaver również nie odpowiedział.


Air Traffic Controller - This is Love


            Czas mijał, leczył rany bardzo powoli. Miłosz przestał chodzić na treningi, a jego rodzice nie chcieli, aby ktokolwiek z drużyny go odwiedzał, bo byli przekonani o tym, że to właśnie ta drużyna doprowadziła go do takiego stanu.
            Miłosz dostał też zestaw leków, po których miało mu się lepiej myśleć. Brał je bez przekonania. Małe, białe pigułki. I tyle.
            Nadszedł kwiecień, natura budziła się do życia, a to sprawiło, że również i Miłosz chciał pobiegać. Wyjść na zewnątrz. Rodzice powitali ten pomysł z radością. Uznali, że leki zaczęły działać. Miłosz wracał do żywych.
            Więc biegał codziennie, wracając powoli do formy, którą stracił przez prawie dwa miesiące leżenia. Cieszył się, że nie musiał wracać do szkoły. Nie chciał słuchać plotek na swój temat, ani nie miał ochoty widzieć litości w oczach uczniów. Chciał się tylko pojawić na maturach, zdać je i wyjść. Wyjechać.
            Musiał wyjechać. Chciał wyjechać. 
            Brzmiał jak ofiara, ale doskonale wiedział, że to Xaver był największą ofiarą. I nawet jeżeli miał zamiar wyjechać, to musiał przynajmniej raz jeszcze porozmawiać z Xaverem. O ile ten będzie chciał.
            Podczas jednego z biegów dotarł pod blok Xavera. Tak jak na początku tego roku szkolnego, który wydawał się być w już kompletnie innym życiu, wspiął się na czwarte piętro i zadzwonił w domofon. Tak jak wtedy, otworzyła mu Sonia, która wyglądała na szczerze zaskoczoną jego widokiem.
            – Xaver! To do ciebie! – zawołała. Możliwe, że celowo nie wypowiedziała imienia gościa, za co Miłosz był wdzięczny.
            Xaver pojawił się w przedpokoju i Miłosz się przeraził. Jego oczy były zimne, stalowe, szare. Płonęła w nich tylko nienawiść tak wielka, że Miłosz znów chciał odejść. Na zawsze. To dziwne jak ten wzrok skazywał go na śmierć.
            – Jesteś naprawdę dobry w osaczaniu – syknął Xaver tak obcym i chłodnym głosem, że Miłosz w ogóle nie rozpoznał w nim chłopaka, do którego coś czuł. Xaver zamknął za sobą drzwi, aby mogli porozmawiać na korytarzu bez ciekawskiej siostry.
            – Xaver – powiedział. To imię brzmiało obco w jego ustach. – Przepraszam.
            – Wzruszające.
            – Xaver – jęknął. – Naprawdę… Ja… – Dostrzegł, że wciąż nosił medalik od niego i to go zabolało. – Proszę…
            – Na razie mówisz jakieś początki zdań, które nic nie znaczą – oznajmił Xaver. – Słyszałem, że wylądowałeś w szpitalu. Zatrułeś się własnym jadem?
            – Błagam, Xaver. Nie teraz. Przeszedłem przez piekło. Naprawdę.
            – Przeszedłeś? – zakpił Xaver. – Och, nie. Ty jeszcze nie wiesz, co oznacza piekło, Miłosz. – Wypowiedział jego imię z pogardą. – Cóż, na szczęście radzę sobie lepiej bez ciebie.
            – Wiem. Wiem, zachowałem się jak dupek. Zrobiłem najgorszą rzecz na świecie, mimo że my… Razem…
            Xaver milczał.
            – Posłuchaj, Miłosz. Oszczędzę ci twojej gadaniny. Nie byłeś jedynym chłopakiem, z którym się spotykałem – odparł. – Zdradziłem cię ze trzy razy. Czujesz ten ból? – zapytał z uśmiechem. – Czujesz to? To jest piekło.
            Miłosz wpatrywał się w niego. Szok. Odraza. Szok. O tym mówił Tristan… Że to nie po Miłoszu się domyślił…
            – Przez ciebie… prawie się zabiłem… A ty… Ty nawet nie traktowałeś… poważnie…
            – Hej, nie byliśmy na wyłączność – odparł lekkim tonem Xaver. – Po prostu się bawiliśmy. Najbardziej zabolało mnie to, że wyrzucili mnie z drużyny hokejowej, ale po jakimś czasie stwierdziłem, że są przecież inne. I sam tam stworzę Diamenty. I zgniotę was wszystkich. Każdego po kolei. Cóż – Xaver przejechał po Miłoszu wzrokiem. – Ty już jesteś zgnieciony.
            – Odbiło ci. Jesteś szalony.
            – Jestem – odparł Xaver, uśmiechając się. Demonicznie. To był demon. Tak mógł się uśmiechać tylko ktoś zły. – Nienawidzę cię – dodał.
            – Wiesz… ja ciebie też nienawidzę – odparł Miłosz, zaskakująco spokojnie. – Pieprz się, Xaver.
            – Mam taki zamiar dzisiaj. Już się umówiłem.
            Pięść Miłosza poleciała w kierunku Xavera, ale ten się uchylił. Uderzył o drzwi i krzyknął z bólu, gdy poczuł ból i usłyszał chrupnięcie. Jednak ból się na tym nie skończył. Xaver popchnął go i stracił równowagę. Miłosz spadł ze schodów, uderzając się chyba o każdą możliwą część ciała. Powstał obolały i drżący. Emocje znów wymykały mu się spod kontroli.
            Spojrzał na górę, gdzie u szczytu schodów stał Xaver. Posłał mu ostatnie nienawistne spojrzenie.
            – Ja nie wybaczam. I nie zapominam – ostrzegł.
            Po czym wrócił do mieszkania.
            Miłosz, płacząc, zebrał się i wrócił do domu. Miał zwichniętą rękę.

***

            Wpatrywałem się w Sonię jeszcze przez dobrą minutę, gdy skończyła opowieść o Miłoszu i Xaverze.
            Och, Józefie w stajence! Miałem w głowie taki mętlik, że nie mogłem w to uwierzyć. Ich historia była tak złożona i delikatna. Jakim cudem wylądowałem pomiędzy nimi? Zacząłem ciężej oddychać, bo naprawdę nie wiedziałem po czyjej stronie stanąć. Nie widziałem w tej historii do końca złej osoby. Jednak moje wątpliwości rozwiały się, gdy zobaczyłem ponownie Xavera.
            I przestraszyłem się.
            W jego oczach nie było chłodu, nie było niczego, co opisywała Sonia. Jednak potrafiłem to sobie wyobrazić. Ba, nawet spojrzeć w przeszłość, bo przecież widziałem już ten wzrok. Wtedy, gdy Xaver mnie uderzył. Wtedy, gdy Xaver wystrzelił krążkiem w Miłosza na lodowisku, chcąc, aby cierpiał.
            – Co się dzieje, kocie? – zapytał ciepło Xaver, gdy siedzieliśmy obok siebie w salonie. – Wyglądasz na przygnębionego.
            – Ja… Źle się poczułem – skłamałem. – Chyba za dużo wypiłem.
            – Może chcesz iść na balkon?
            – Nie. Chyba nie.
            Impreza powoli dobiegała końca, goście się rozchodzili. Sonia ich żegnała. A ja miałem nocować u Xavera. Nie wiedziałem czy to był rozsądny pomysł, ale nie bardzo miałem wybór. Xaver pił i nie mógł mnie odwieźć do Torunia, a pociągi już nie kursowały.
            Nie wiedziałem dlaczego chciałem stąd uciec. Sonia opowiadała tę historię tak, aby wina leżała po stronie Miłosza i pewnie gdybym Miłosza nie znał, uznałbym go za złego, ale prawda była taka, że… wcale nie uważałem go za złego.
            Wziąłem długi prysznic przed snem, w tym czasie Sonia z dziewczyną i Xaverem sprzątali, śmiejąc się wesoło. W łóżku znalazłem się dopiero po pół godzinie, gdy Xaver już tam leżał.
            – No ładnie – powiedział. – Wymigałeś się od sprzątania. Myślałem, że normalnie jesteś do tego pierwszy.
            Na jego torsie widziałem rzemyk ze srebrnym medalikiem, na którym widniały dwa skrzyżowane kije, tworzące „X”. Dlaczego dalej to nosił, skoro to był prezent od Miłosza? Czy po tych wszystkich latach, nadal kochał Miłosza, ale jednocześnie tak bardzo nienawidził?
            Wsunąłem się pod kołdrę i poczułem jak Xaver mnie obejmuje. Nie czułem się z tym komfortowo i nie wiedziałem dlaczego. Ta historia nic nie zmienia. Przecież go lubię. Lubię go.
            A potem przypomniałem sobie o tym jak leżałem z Miłoszem w łóżku w Warszawie. Czy on… opowiedział mi wszystko?


Sam Smith - Too Good At Goodbyes


            – Feliks. – Usłyszałem szept. – Chcę ci coś powiedzieć.
            Wstrzymałem oddech.
            Nie mów tego. Nie mów tego.
            – To może poczekać do rana? – zapytałem. – Jestem trochę zmęczony…
            – Feliks… – mówił Xaver. – Kocham cię.
            Te słowa sprawiły, że zamarłem. Tego się nie spodziewałem. Obróciłem się na łóżku tak, aby spojrzeć na pogrążone w ciemności oblicze Xavera. W jego oczach odbijało się światło latarni zza okna. Patrzyliśmy na siebie.
            – O nie – powiedział w końcu.
            – Xaver…
            – O nie! – Usiadł natychmiast i złapał się za głowę. – Nie. Proszę, powiedz, że ty też…
            Również usiadłem.
            – Xaver… – powiedziałem cicho. – Przepraszam, ale…
            – Nie. Kurwa, nie. Nie kończ – poprosił i wyszedł z łóżka. – O Boże, ale jestem idiotą.
            – Xaver, proszę. Porozmawiajmy – jęknąłem. Czułem, że w ten wieczór dowiedziałem się za dużo rzeczy. Za dużo. Głowa zaczynała mnie boleć, a serce przepełniał żal.
            – Nie mamy chyba o czym – warknął.
            – Dlaczego to nosisz? – zapytałem.
            Xaver zmarszczył czoło.
            – Co noszę?
            – Ten medalik – zapytałem. Alkohol chyba dodawał mi odwagi. Albo głupoty.
            – Co? Czemu to cię interesuje w takim momencie? Jest bardzo fajny. I przypomina „X”.
            – To prezent od Miłosza, prawda?
            Diametralnie, w ciągu jednej sekundy, oczy Xavera pociemniały. Ciepły ton uleciał z jego głosu.
            – Kto ci to powiedział? – zapytał chłodno. Zadrżałem ze strachu. On naprawdę potrafił się zmienić w przeciągu sekundy. – Sonia, tak?
            – Opowiedziała mi trochę – przyznałem. – Nie bądź na nią zły. Nie chciała źle. I chodzi mi tylko o to, że skoro dostałeś ten naszyjnik od Miłosza to… Wiem, mówiłeś mi, że go nie cierpisz, ale…
            – Nie ma ale. Nienawidzę go.
            – Jesteś pewien? – zapytałem. – Może wciąż coś do niego…?
            – Nienawidzę go! – krzyknął. – Pogódź się z tym Feliks.
            – Więc dlaczego cały czas nosisz prezent od niego? – zapytałem. – Bo go kochasz. Xaver, proszę, przemyśl to. Jeżeli wciąż…
            – Wynoś się – przerwał mi.
            Zatkało mnie.
            – Xaver, proszę. Porozmawiajmy. Chcę ci pomóc i…
            – Wynoś się – powiedział groźnym głosem. – Ubieraj się i wynoś się.
            – Xaver… ja…
            – Nie rozumiesz, co mówię? – zapytał cicho i zabrzmiało to groźniej niż krzyk. – Bierz swoje rzeczy i idź stąd.
            – Wyrzucisz mnie na ulicę? W nocy? W obcym mieście?
            – Może Miłosz po ciebie przyjedzie? Skoro tak za nim tęsknisz.
            Uniosłem dłonie.
            – Zwariowałeś? Postradałeś rozum? W którym momencie powiedziałem, że ja tęsknie za Miłoszem? To ty…
            – Ja wiem, co czuję i do kogo.
            – Nie, nie sądzę – odpowiedziałem.
            – Przed chwilą wyznałem ci miłość – powiedział. – Powiedziałem, że cię kocham. A ty nic na to nie odpowiedziałeś. Nic. Jeżeli mamy to zakończyć, to lepiej teraz. Teraz. W tym momencie.
            – Xaver, proszę. – Spróbowałem ostatni raz. – Porozmawiajmy. Porozmawiaj ze mną. Chcę ci pomóc. Naprawdę chcę ci pomóc. Przepraszam, że nie czuję tego samego, ale naprawdę cię lubię. Nie chcę tego kończyć. Ale chcę, abyśmy nad tym pracowali. Ja i ty.
            Xaver zamknął na chwilę oczy. Przez kilka sekund miałem nadzieję, że się zgodzi. Naprawdę. Ale gdy zobaczyłem złość, chłód i mrok w jego źrenicach, gdy tylko uchylił powieki, wiedziałem już, że to przegrana sprawa.
            Ta obsesja związana z Miłoszem musiała go nękać przez wiele lat. Wciąż sprzeczające się dwa uczucia – miłości i nienawiści – targały sercem Xavera, czyniąc z niego kogoś naprawdę nieprzewidywalnego. Wystarczyła sekunda, aby się zmienił i teraz to widziałem. Nie był złym człowiekiem, ale bardzo skrzywdzonym. A ja jedynie tę ranę pogłębiłem. Jeżeli ktoś tu był zły, to ja…
            Jeden z Kotów Miłosza skrzywdził Xavera. Tak teraz wyglądałem w jego oczach.
            – Dobrze – powiedziałem, wstając z łóżka. Zacząłem się ubierać. – Do… do zobaczenia? – dodałem, gdy już skompletowałem ubrania i stanąłem w drzwiach do jego pokoju. Xaver nic nie powiedział.
            Czując jak łzy wypełniają moje oczy wyszedłem do przedpokoju. Ubrałem się i wyszedłem z mieszkania. Zbiegłem po schodach, chcąc znaleźć się jak najdalej. Wybiegłem w noc, w obce miasto. Dopiero po kilku minutach marszu, wyjąłem komórkę.
            – Halo…? – Usłyszałem zaspany głos Anastazji. – Feliks…?
            – Anastazja – załkałem. – Potrzebuję pomocy.

***

            Minęły dwa miesiące, odkąd odbyła się, jak ją lubiłem określać, Akcja Ratowania Feliksa z Objęć Nocnej Bydgoszczy. W skrócie ARFONB. Po telefonie do Anastazji, która natychmiast się rozbudziła, gdy usłyszała w skrócie, co się wydarzyło, czekałem z jakąś godzinę na ratunek. Przetransportowałem się w tym czasie taksówką w okolice dworca, które kojarzyłem.
            Samochód ratowniczy był właściwie jedynym na parkingu. Natychmiast wyskoczyły z niego dwie osoby. Anastazja i Julian podbiegli do mnie, chcąc sprawdzić, czy wszystko jest ze mną w porządku. Obiecałem im wszystko opowiedzieć jak tylko wrócimy do domu.
            Kierowcą okazał się być Bernard, który również wysiadł, ale czekał na nas przy aucie.
            Wspomnienia z tamtej nocy były zamazane. Wsiadłem do auta, jechaliśmy, dotarliśmy do mieszkania. Bernard wrócił do siebie, dziękowałem mu przez prawie całą drogę. A potem przez prawie całą noc opowiadałem Anastazji i Julianowi, co właściwie się wydarzyło. Nie ominąłem historii Xavera i Miłosza, ale obiecali mi, że nikomu nie powiedzą.
            – Och, Feliks… – Anastazja objęła mnie mocno.
            – Kurczę, człowieku… – Julian pokręcił głową. – To naprawdę zawiła historia. Xaver i Miłosz… I Xaver wciąż…? A Miłosz?
            Pokręciłem głową.
            – Nie wiem – odparłem. – Naprawdę nie wiem. Umawia się z Kornelią, więc… Nie wiem. Obaj są bardzo skomplikowani. Chyba nie potrafią pogodzić się z tym, co naprawdę czują. Miłosz nie pogodził się ze swoją orientacją, a Xaver nie chce przyjąć do wiadomości, że wciąż kocha swojego największego wroga.
            – Boże, to brzmi naprawdę niezdrowo – zauważył Julian. – Ale czemu nasz Miłosz to ukrywa? Nie ufa nam?
            – Myślę, że… wciąż boi się tego, co pomyślą jego rodzice. Odczuwa presję. Tu nie chodzi o zaufanie, bo Miłosz chyba nie ufa nawet sam sobie.
            Nadszedł więc czerwiec, a ja od dwóch miesięcy nie miałem kontaktu z Xaverem. Nie miałem pojęcia, co się u niego dzieje, mimo że próbowałem po jakimś czasie się z nim skontaktować. Podobnie jak kiedyś nie odpowiedział Miłoszowi, nie odpowiadał i mi.
            Nie wybaczam i nie zapominam. Dewiza życiowa Xavera. Czy ona kiedyś go nie zgubi?
            Na początku miesiąca, w sumie w sam Dzień Dziecka, miał miejsce specjalny obiad drużyny hokejowej, podczas którego miało odbyć się wręczenie nagród za osiągnięcia oraz podsumowanie minionego sezonu.
            Puchar Polski w tym roku wygrały Diamenty, które były faworytami. W finale grały z Warszawskimi Wronami, z którymi przegraliśmy my. Niemniej, dawni przyjaciele Miłosza triumfowali. Pamiętałem jak w maju oglądaliśmy wspólnie ten mecz w akademiku. Kilka osób z drużyny, w tym i Miłosz. Miał nieprzenikniony wyraz twarzy, a ja zacząłem się zastanawiać, że w sumie dalej nie znałem pozostałej części jego historii. Dlaczego odszedł od Diamentów i ostatecznie wyprowadził się tak daleko od nich?
            Obiad kończący sezon był jedną z tradycji Kotów, jak to wyjaśniła mi Valerie. Każdy musiał ubrać się elegancko, więc oczywiście miałem na sobie muszkę. Obserwowałem wszystkie Koty, teraz ubrane w garnitury prezentowały się wyjątkowo przystojnie.
            – Drogie Koty – oznajmił głośno nasz trener Kamil. On również był ubrany w garnitur i teraz przemawiał do nas z mównicy. Oderwałem wzrok od Miłosza, który siedział po drugiej stronie stołu. Kilka osób miauknęło i rozległy się śmiechy. – Tak, tak. Jak co roku, widzimy się na tym oficjalnym pożegnaniu i zakończeniu sezonu. Chciałbym wam wszystkim podziękować za rok ciężkiej pracy i za to, że nie poddawaliście się, mimo porażek. Jestem z was dumny, dlatego z wielką przyjemnością mam do rozdania kilka nagród.
            Boże, jak to szybko minęło, pomyślałem. Już rok. Teraz już tylko sesja i… koniec pierwszego roku studiów.
            Hubert otrzymał nagrodę i dodatkowe stypendium za prezentowanie Ducha Sportu. Nie miał za wiele do powiedzenia. Podziękował skromnie i wrócił na miejsce, ale i tak został poklepany po plecach. W sumie, jak się teraz nad tym zastanowiłem, dawno nie widziałem go z papierosem w ustach.
            Kolejną nagrodę, wspólnie zgarnęli Julian i Antoni za Współpracę na Lodzie. Trener podkreślił, że są przykładem, iż można ze sobą wspólnie grać, mimo różnic. Chyba obaj w tym roku spoważnieli i nieco dojrzeli. Gdy Julian wrócił na miejsce, Anastazja pocałowała go w policzek. Miała na sobie czerwoną sukienkę. Uśmiechnąłem się do nich. Ich związek kwitł. Nie wnikałem w szczegóły, chociaż raz znalazłem w pokoju Anastazji książkę o tytule Wprowadzenie do świata BDSM. Nie wiem, co robiła ze swoim psim-chłopakiem, ale najwidoczniej bardzo mu się to podobało.
            Kolejną nagrodę, o dziwo, otrzymałem ja. Nie spodziewałem się, że zostanę uwzględniony w jakiejkolwiek kategorii, skoro wciąż byłem kociątkiem. Ale ze wzruszeniem odebrałem płatek śniegu w szkle, z podpisem Druh na Lodzie. Według drużyny, to ja ich najlepiej wspierałem. Ponieważ prawie się popłakałem, szybko zakończyłem przemowę i wróciłem na miejsce. Rozejrzałem się po drużynie, która klaskała, a Miłosz uśmiechnął się do mnie i mrugnął.
            Ostatnim ogłoszeniem trenera były wyniki głosowania, kto ma zostać kapitanem za rok. Tak, u Kotów to właśnie Koty decydowały, kto będzie przyszłorocznym kapitanem, czyli Kocurem. Nie było zaskoczenia, bo jednogłośnie ten tytuł zyskał ponownie Miłosz.
            Obiecał pracować jeszcze ciężej i podziękował za zaufanie, mimo tego, iż w tym roku nie udało mu się nas doprowadzić do finałów. Przyszły rok miał być jego ostatnią szansą. Wszyscy to wiedzieliśmy i wszyscy chcieliśmy, aby Miłosz trzymał w dłoniach puchar.
            Z jakiegoś powodu bardzo chciałem pomóc spełnić mu jego marzenie. Razem z Julianem wymieniliśmy się znaczącymi spojrzeniami. Wygrana w finale oznaczała rozgromienie Diamentów. Chciałem to zrobić z wielką chęcią.
            Po obiedzie i po gratulacjach, zbieraliśmy się do swoich domów, mieszkań i akademików, aby zacząć przygotowywać się do sesji i egzaminów.
            Szedłem przez kampus razem z Anastazją, Julianem i Antonim. Relacjonowaliśmy sobie raz jeszcze przebieg spotkania i nagrody.
            – Właściwie to już nie jesteś kociątkiem – powiedział nagle Antoni. – Jesteś już pełnoprawnym Kotem.
            – Hy! Rzeczywiście – przyznałem. – Jejku, to znaczy, że już nie będę wam musiał przynosić jockstrapów?
            – Wiesz, tak dobrze ci idzie… – Zaczął Julian, ale Anastazja go szturchnęła. – Żartuję, żartuję!
            – Feliks!
            We czwórkę obróciliśmy się, mimo że tylko moje imię wywołano. I to nie przez byle kogo. Ku nam szedł Miłosz.
            – Co tam, Kocurku? – zapytał Julian.
            – Chciałem chwilę porozmawiać z Feliksem – powiedział. – Masz czas?
            Zaskoczony uniosłem brwi i popatrzyłem po reszcie, która gorliwie pokiwała głowami.
            – My pójdziemy na naleśniki – oznajmił Julian.
            – Przed chwilą zjedliście obiad – zauważył Miłosz, marszcząc czoło.
            – Tak, ale kotki wciąż są głodne – odparł Antoni. – Będziemy tam na ciebie czekać – dodał.
            Cała trójka skinęła głowami i ruszyli przed siebie. Razem z Miłoszem obserwowaliśmy ich przez jakiś czas, aż odeszli tak daleko, że nie mogli nas słyszeć.
            – Feliks – zaczął poważnie Miłosz, jak to miał w zwyczaju, gdy miał zamiar poruszyć temat, który wcale nie musiał być taki poważny. – Chcę ci podziękować.
            – Mi? – spytałem i rozejrzałem się. – Nie masz na myśli innego Feliksa?
            – Zagłosowałeś na mnie, abym został przyszłorocznym kapitanem – oznajmił. – Podczas, gdy na samym początku tego roku akademickiego głosowałem przeciwko temu, abyś wszedł w skład drużyny. Jestem ci za to bardzo wdzięczny.
            Zrobiłem wielkie oczy. Na moment odebrało mi mowę.
            – Miłosz, ty to jednak głupi jesteś – powiedziałem. Teraz to Miłoszowi odebrało mowę, co bardzo mi się podobało. – Jesteś oczywistym wyborem na kapitana. Jasne mieliśmy słaby początek, ale potrafię obiektywnie spojrzeć na czyjś talent. Dla mnie zawsze będziesz kapitanem Kotów.
            – Feliks… Dziękuję ci. Naprawdę.
            Uśmiechnąłem się szeroko.
            – No dobrze, to może pójdziesz z nami na naleśniki? Nie daj się prosić.
            Miłosz zamyślił się na chwilę, aż w końcu skinął głową.
            – Jasne. Będzie mi bardzo miło.
            We dwójkę ruszyliśmy w stronę naleśnikarni i dopiero wtedy dostrzegłem kątem oka ciemne auto. Zamarłem, bo zdałem sobie sprawę, że to samochód Xavera i właśnie opuszczał parking przed kampusem. Odjeżdżał.
            Czemu tu był?
            Zerknąłem na Miłosza, ale ten zdawał się niczego nie zauważyć. Opowiadał o tym jak ma zamiar wrócić na wakacje do rodziców, ale chce też pojechać do Pragi.
           
***
           
            W połowie czerwca Warszawę nawiedził upał, ale to nie powstrzymało mnie i Anastazji przed spacerem po Krakowskim Przedmieściu. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć i delektowaliśmy się ciepłymi, letnimi dniami. Sesje były za nami, egzaminy zdane. Mogliśmy delektować się ponad trzymiesięcznymi wakacjami.
            Z przepełnionych turystami ulic uciekliśmy do kawiarni Spresso. Ku mojej radości za barem stał Oliwier, który naprawdę mocno ściął swoje włosy. Wyglądał naprawdę dobrze. Skinęliśmy sobie głowami już na samym wejściu.
            Zamówiliśmy mrożone kawy i z Anastazją zajęliśmy nasze ulubione miejsce niedaleko okna.
            – No dobrze, to opowiedz o swoim słodkim życiu z Julianem – poprosiłem, wpatrując się w nią rozmarzonym wzrokiem.
            – Już ci opowiadałam.
            – Lubię o tym słuchać – westchnąłem. – Dobrze, że chociaż jednemu z nas się powodzi.
            – Feliks – odparła Anastazja. – Właściwy facet jest już za rogiem. Nie Vincent i nie Xaver, to wtedy ktoś inny. Spokojnie.
            – Wiem, wiem – odpowiedziałem. – Na razie daję sobie spokój z chłopakami. Za dużo stresu. Poza tym, mam inny cel – dodałem i mrugnąłem porozumiewawczo.
            Anastazja uśmiechnęła się.
            – No… – odchrząknąłem. – Czyli Julian lubi być pieskiem?
            – Jezu, Feliks! – pisnęła.
            – No co? Widziałem u ciebie w pokoju książkę.
            Obserwowanie jak Anastazja płonie było naprawdę relaksujące.
            – Nie powinieneś grzebać w moich rzeczach.
            – Leżała na łóżku!
            Anastazja pokręciła głową.
            – Tak, Julian lubi być pieskiem, zadowolony? – warknęła.
            – Bardzo – odparłem z uśmiechem.
            – Wasza kawa. – Koło nas pojawił się Oliwier i postawił przed nami zamówione, apetycznie wyglądające, mrożone napoje. Idealne na taką pogodę. Obserwowałem jak Oliwier wraca za kontuar.
            – Jeszcze wrócę do dręczenia cię – poinformowałem Anastazję. – Ale najpierw obowiązki, a potem przyjemność.
            – Dręczenie przyjaciółki to przyjemność? – prychnęła.
            Posłałem jej buziaka i wstałem od stołu. Wróciłem do baru i oparłem się o niego, uśmiechając się szeroko. Oliwier właśnie wycierał kubek i gdy mnie dostrzegł, uniósł pytająco brew.
            – Sorry, kolego. Lubię cię, ale jestem w szczęśliwym związku – oznajmił Oliwier. Uśmiech spełzł mi z twarzy.
            – Co? Ach, nie! – Pokręciłem głową. – Nie, nic z tych rzeczy. Chciałem tylko… – Sięgnąłem do torby i wyciągnąłem z niej sześć kolorowych papierków. – Proszę. To dla ciebie.
            Oliwier przyjął prezent nieco zaskoczony. Następnie spojrzał na papiery, które okazały się być biletami. Oczy Oliwiera zrobiły się wielkie jak talerze.
            – Nie! – wykrzyknął. – Serio?
            – Serio – odpowiedziałem z uśmiechem. – Obiecałem ci bilety, oto są. Summer on Ice już za dwa tygodnie. Weź swoją siostrę.
            – Jejku – wyrzucił z siebie Oliwier. – Naprawdę dziękuję. Nie sądziłem, że wziąłeś to na serio…
            Uśmiechnąłem się do niego.
            – Mam nadzieję, że miejsca będą wam pasować. To będzie na Stadionie Narodowym, więc starałem się wybrać takie, które są w miarę nisko i blisko. Wiesz, aby lepiej widzieć…
            – Człowieku, dziękuję. Teraz żałuję, że skasowałem cię już za kawę – jęknął. – Następne masz za darmo.
            – Ha, ha. Daj spokój. To sama przyjemność. Wracam delektować się kawą.
            – Jasne. Jeszcze raz dzięki. Muszę wykonać kilka telefonów – odparł z uśmiechem i wyjął komórkę z kieszeni.
            Wróciłem do stolika, a Anastazja posłała mi ciepły uśmiech.
            – Cieszy się jak dziecko – powiedziała.
            – To dobrze. A skoro o dzieciach, czy się odpowiednio zabezpieczacie z Julianem?
            Anastazja zakrztusiła się swoją kawą.

***

Caleb Hyles - History Maker (cover)
            Wysiedliśmy z tramwaju na Rondzie Waszyngtona tuż obok Stadionu Narodowego. Anastazja zrobiła mi zdjęcie na jego tle, a ja przybrałem triumfalną pozę. Po tej szybkiej sesji ruszyliśmy dalej. W torbie czułem przyjemny ciężar łyżew, moich białych figurówek. Ten kolor był zarezerwowany dla kobiet w jeździe figurowej, ale wolałem go od czarnego, który przeważnie nosili mężczyźni. Uznałem, że to będzie mój znak rozpoznawczy. Inny kolor łyżew.
            W miarę jak zbliżaliśmy się do wejścia, pojawiły się również dwie postacie. Rozpoznałem je natychmiast. Jedną była Tatiana, moja menadżerka, natomiast drugą była moja trenerka – Laura. Wyściskałem obie na powitanie, choć widziałem je praktycznie co tydzień przez ostatnie dwa miesiące.
            – Wchodzimy? – zapytałem.
            – A jesteś gotów? To będzie pierwszy trening na Stadionie. Za dwa tygodnie będziesz tu występował.
            Pokiwałem głową.
            – Jestem gotowy.
            – W takim razem, wchodzimy. – Tatiana klasnęła w dłonie. – Ach, przy okazji, ktoś na ciebie tam czeka.
            Zmarszczyłem czoło i ruszyłem za trenerką oraz menadżerką. Wymieniłem się spojrzeniami z Anastazją, ale ona wzruszyła ramionami.
            Przeszliśmy przez kasę i weszliśmy na murawę, na której na jednej połowie znajdowało się duże lodowisko. Dach był zamknięty, a dookoła rozciągały się setki tysięcy pustych miejsc na trybunach. Za pół miesiąca dwie trzecie tych miejsc będą zajęte.
            Usłyszałem przyjemny dźwięk ostrej łyżwy tnącej lód. Następnie wyskok i lądowanie. Odgłosy odbijały się echem po pustej powierzchni. Przyspieszyłem i podszedłem do bandy.
            Na lodowisku znajdował się chłopak, który właśnie się rozgrzewał. Na jego widok nie mogłem powstrzymać radości. Miał kasztanowe włosy, krótko ścięte po bokach. Był wysoki jak na łyżwiarza i dobrze zbudowany. Ubrany był w jeansy i flanelową koszulę, a jego ręce zdobiło mnóstwo rzemyków, które przeważnie gryzł. Bardzo dobrze to pamiętałem.
Zrzuciłem torbę i przeskoczyłem nad bandą.
            – Jiří! – zawołałem i ruszyłem ku niemu. Wysoki chłopak odwrócił się w moją stronę.
            – Feliks!
            Ruszył ku mnie. Wpadliśmy sobie w ramiona i mimo rozpędu, przytrzymał mnie i nie stracił równowagi na lodzie.
            Przyjacielu! – załkał po angielsku. – Już myślałem, że straciłem cię na zawsze!
            Przepraszam, Jiří! Przepraszam! – Prawie płakałem mu w ramię. – Zachowałem się jak dupek! Jak skończony dupek!
            Gdybym tylko wiedział, że potrzebujesz większego wsparcia!
            Nie, to ja nie powinienem był tak nagle znikać! Przepraszam!
            – Jezu – skomentowała Anastazja, gdy razem z Jiřím płakaliśmy sobie w ramiona, przepraszaliśmy się i zapewnialiśmy, że nigdy więcej tak nie urwiemy kontaktu. – Wiedziałam, że są blisko, ale nie wiedziałam, że aż tak.
            – Tak, ci panowie łyżwiarze są czasem bardzo emocjonalni – oznajmiła trenerka. – Hej! – zawołała do nas. – Koniec tych objęć! Mamy trening do przeprowadzenia!
            Mimo tego, wciąż przytulałem mojego przyjaciela.
            Czułem się jakbym wrócił do miejsca, w którym chciałem być.
            Dopiero po minucie przestaliśmy się obejmować i klepać po plecach. Jiří szybko wyciągnął komórkę i zrobił nam zdjęcie.
            Nazwę je, „Reunion”!
            Bardzo dobry pomysł.
            Panowie! – zawołała trenerka. – Naprawdę, nie mamy całego dnia!
            Racja! Zakładam łyżwy i już do ciebie wracam – obiecałem.
            Jiří Medvěd, mój łyżwiarski przyjaciel z Czech.
            Nie mogłem się doczekać, aż znów będę z nim jeździł.

***

            Valerie naprawdę nie chciała tego robić, zwłaszcza, że działała trochę za plecami swojego brata, ale nie miała wyboru. Widziała to jak Vincent się powoli staczał w swojej depresji i ponurych myślach. Częściej był pijany, częściej się zamykał w sobie. Odsuwał się od niej i Miłosza.
            Na początku, gdy zabrała z telefonu brata numer do tajemniczego M., nie chciała z niego korzystać. Czuła, że narusza prywatność brata, ale teraz musiała działać. Kim on był?
            Chciała go poznać.
            Vincent nie wrócił na noc. Dopiero nad ranem. Zaniepokojona tym, co się dzieje, a także tym, że Vincent nie pojawił się na obiedzie pożegnalnym Kotów, postanowiła działać.
            Kochała swojego brata.
            Wybrała numer.
            – Dzień dobry, z tej strony Mikołaj Wagner. W czym mogę pomóc?
            Głos dziwnie spokojny i obojętny.
            – Dzień dobry. Z tej strony Valerie. Valerie Dupuis. Siostra Vincenta. – Milczała przez chwilę, a Mikołaj jej nie przerywał. – Możemy się spotkać?



KONIEC DRUGIEGO SEMESTRU
Xaver

____________________________________________________________


BUM!
I tak oto dotarliśmy do zakończenia drugiego semestru. Łojejku, trochę się działo!

Dziękuję bardzo, że czytaliście! To jeszcze nie koniec opowiadania, więc jeszcze wrócimy do naszych Pięknych Chłopaków. A przynajmniej tak ich określa Feliks.

Nie wiem czy pamiętacie, ale przeważnie na koniec sezonu/semestru/części opowiadania zostawiałem Wam serię pytań, na które chciałbym poznać Wasze odpowiedzi. Dlatego będę wdzięczny jeżeli podzielicie się nimi w komentarzach na dole.

Oto pytania:
1. Czy opowiadanie Ci się podoba?
2. Która postać (na ten moment) jest Twoją ulubioną i dlaczego?
3. Która postać (na ten moment) jest przez Ciebie najmniej lubiana i dlaczego?
4. Jakie są Twoje ulubione momenty z opowiadania? (Na ten moment)
5. Czy podoba Ci się muzyka dołączona do opowiadania?
6. Jak wpadłeś/aś na to opowiadanie?
7. Który z Diamentów jest Twoim ulubionym i dlaczego? (Dorian, Ignacy, Aron, Miłosz, Ernest, Norbert, Tristan)?
8. Który członek Kotów jest Twoim ulubionym i dlaczego?
9. Który obiekt miłosny Feliksa (do tej pory) jest Twoim ulubionym: Vincet czy Xaver?
10. Twoje wnioski, uwagi i spostrzeżenia.

BONUS: Z którym bohaterem lub bohaterką chciałbyś/chciałabyś pójść na randkę? ;)



Przy okazji, ten uroczy obrazek Miłosza zawdzięczamy Kamawanaide! Dziękuję bardzo! <3 
Jeżeli chcecie zobaczyć więcej jej prac, zerknijcie tutaj:
https://kamawanaide.deviantart.com/

Dziękuję także Danielowi, który sprawdza i poprawia teksty, a także George za to, że rysuje bohaterów w postaci ich Instagrama, a także banery! Swoją drogą, jeżeli chcecie dołączyć swoje obrazki do instagrama postaci, śmiało! :D 

A teraz, moi Drodzy Czytelnicy, dziękuję Wam za kolejny semestr! 

Do poczytania!